Sycylia…

Na wyspie inaczej płynie czas. Na wiele rzeczy trzeba czekać. Najmłodsi jeszcze tego nie wiedzą. Z wiekiem uczą się, że czekać można przy małej filiżance mocnej i gęstej jak smoła kawy. Uczą się, że nie warto się spieszyć, skoro i tak nikt nie przyjdzie na czas, i nic nie zacznie się na czas. 

Wiesz skąd to wiem?

Mieszkałam na Sycylii przez 8 miesięcy, w samym sercu Palermo, obok starego jak sam świat targu Ballaro. To było spełnienie moich marzeń o życiu we Włoszech, o wymarzonej pracy w wymarzonym miejscu.

Zastanawiasz się pewnie czy miało to coś wspólnego z Ajurwedą? Ani trochę!

A właściwie wszystko…

Ale po kolei. Przez lata swojego tzw. rozwoju zawodowego próbowałam dopasować się do różnych miejsc. Kilka lat temu weszłam w projekty europejskie i pomyślałam, że w końcu znalazłam swoje miejsce. Wyskrobałam wniosek, dostałam stypendium i trafiłam do wymarzonego miejsca. Dużej, międzynarodowej organizacji pozarządowej. Była jak kombajn do projektów, młóciła jeden za drugim. Jakie wspaniałe środowisko pracy!

Tak mi się wydawało… A po jakimś czasie znowu powróciło dobrze znane mi uczucie.

Że nie jestem sobą.

Że udaję psa, kiedy w istocie jestem kotem.

Że w tym udawaniu wszyscy się już pogubili.

Koty krzywo na mnie patrzą… Dziwna jak na kota…Bo nienaturalnie macha ogonem i dziwnie miauczy.

Psy krzywo na mnie patrzą… To chyba nie jest pies? Bo cała jest spięta i przejęta, żeby właściwie machnąć i odpowiednio szczeknąć.

Sama już nie wiedziałam kim jestem…

Ale warunki stypendium nieubłagane. Osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, przez osiem miesięcy. A udawanie już od pierwszego tygodnia.

Jezu, jaka ja byłam zmęczona…

Całe szczęście, że wybrałam Sycylię. Ona mnie uratowała.

Sycylijski burdel, dosłownie.

Z wszystkimi swoimi paradoksami…Podzielony, rozrywany, przeorany przez historię. Sycylia emocjonująca, namiętna. Pachnąca czosnkiem i cuchnąca moczem.

Zakochana w życiu i zadłużona po uszy.

Była znacznie bardziej skomplikowana niż ja.

Przechadzałam się po ulicach Palermo, robiłam zdjęcia. Podpatrywałam rzeczywistość. Opisywałam to na blogu. No, naprawdę! Nadal wisi w sieci.

Zaczęłam się od niej uczyć.

Na początek przychodziłam później do pracy.

Póżniej wychodziłam na filiżankę cappuccino do najbardziej malowniczego miejsca, jakie mogłam znaleźć.

Potem wychodziłam na obiad, który z miesiąca na miesiąc coraz bardziej się wydłużał.

A w między czasie, czasie pracy, za którą Unia dobrze mi płaciła,

siedząc przy biurku, miauczałam w duchu i mruczałam z zadowolenia…

Miauczałam i mruczałam, bo odkrywałam swój świat. Webinary, kursy on-line, strony poświęcone Ajurwedzie… Jezu, raj!

Tam mogłam być tym, kim byłam naprawdę. Tam czułam się jak w domu. I powoli przypominałam sobie jakie to uczucie.

Rozluźniłam ogon, przestałam szczekać.

Przestałam udawać kogoś, kim nie jestem.

Nurkowałam w moim ukochanym kursie on-line o życiu z pasją.

I wracałam do siebie, do Życia.

Do tego, kim jestem.

Myślisz, że świat mi sprzyjał?

Niech pomyślę…

Szef zablokował mi facebooka (tak oczywiste stało się, że nie zajmuję się powierzonymi zadaniami…)

Zaliczyłam karczemną awanturę z szefową w przeszklonym biurze, na oczach wszystkich 20 pracowników.

Zawaliłam jedno szkolenie, popełniając chyba wszystkie możliwe trenerskie błędy.

Pozwoliłam, by kilka świetnych okazji przeszło mi koło nosa.

Ale..

Nie wylali mnie.

Pod koniec tego pobytu, dla nas wszystkich było już tak oczywiste, że jestem kotem, że… znalazła się dla mnie kocia robota.

I tak, łamanym włoskim, z rozbuchaną mową ciała, wygłosiłam wykład na temat Ajurwedy dla 20 niemówiących po angielsku Włoszek!

Wylądowałam.

Wróciłam do siebie.

Zaczęłam żyć.

I tworzyć to, co uratowało mi Życie.

Kursy on-line.

Modne? Może.

Pasywny dochód? Każdy, kto się tym zajmuje, wie, że to mit.

To, za co kocham kursy on-line?

Za ich dostępność.

Za to, że możesz z nich skorzystać.

Mieszkając setki kilometrów dalej, choć bywa, że na drugim końcu świata, albo na drugim końcu bardzo zakorkowanego miasta…

Dysponując ograniczonym czasem.

Dysponując ograniczonymi pieniędzmi.

Możesz zacząć tam, gdzie jesteś, z tym, co masz.

A potem patrzeć, jak Twoje życie się zmienia.

Ja zaczęłam w sycylijskim biurze 5 lat temu.

Ze słuchawkami w uszach marzyłam o życiu i pracy z Ajurwedą.

Popatrz na mnie teraz.

Świat nagradza tych, którzy podejmują działanie.

Nawet jeśli czasem trzeba poczekać na jego owoce.

I wiesz co?

Też chcę Cię nagrodzić.

Wiesz, że przygotowuję kolejną edycję mojego kursu on-line „Oczyszczanie z Ajurwedą w 21 dni.”

Dopieszczam go i wychodzę w szeroki świat.

Tworzę książkę do kursu.

Prawdziwą książkę, drukowaną, kolorową, piękną. Przyjazną użytkownikowi.

Dziś zaczyna się przedsprzedaż. Tylko wśród osób, które mnie znają.

Potrwa do poniedziałku 27 marca.

W tym czasie kupując kurs dostaniesz ode mnie dostęp do pięciu webinarów, które przeprowadziłam.

Dostaniesz także w prezencie drugą książkę do kursu, którą możesz podarować bliskiej Ci osobie.

Takiej, która nie bardzo ma jak skorzystać z kursu on-line.

Mamie, którą ta technologia przerasta.

Przyjaciółce, która ma dwójkę małych dzieci i ma do dyspozycji tylko

tzw. „w-międzyczasie.”

Komuś, o kim wiesz, że to może odmienić jego życie.

Brzmi dobrze, prawda?

Tu masz link do strony, na której dowiesz się więcej o kursie w nowej odsłonie.

A potem obie odbierzemy swoje nagrody za działanie.

rosemary — kopia — kopia

 

Share This