Niech sobie mówią, że jestem monogamistką, nudziarą, ograniczam się, że tyle mi umyka i tylu rozkoszy nie zaznam. Tak, ograniczam się – w życiu osobistym do jednego mężczyzny, a w życiu zawodowym do jednej koncepcji. Upraszczam.

Jesteśmy pełnoletni.
Michał i ja.

Jesteśmy razem 18 lat.

W całym moim życiu pełnym zmienności, jest kilka stałych punktów, które dają mi oparcie. Oczywiście, nic nie jest dane raz na zawsze. Nasz związek staje się każdego dnia na nowo.

 

Pamiętam, lata temu, kiedy studiowałam… W tym czasie Michał bardzo dużo podróżował, a ja całymi tygodniami byłam sama w naszym wspólnym mieszkaniu.

Pojawiali się inni mężczyźni.

Na polonistyce było bezpiecznie – dziewięciu mężczyzn na roku, a właściwie nie mężczyzn a przedstawicieli trzeciej płci: ni-to-baba-ni-to-chłop. W tej dziewiątce było może dwóch, góra trzech fajnych facetów. Przyciągali uwagę całej dwusetki polonistek, w większości spragnionych seksu dziewic, czytających romanse z wszystkich epok literackich. To nadmierne zainteresowanie psuło ich niemiłosiernie. A to z kolei odbierało im cały urok.
Kiedy zaczęłam studiować psychologię, zrobiło się trudniej. Tam było sporo towarów, jak wtedy mawiałam naśladując składnię starszego brata. Przystojni, oczytani, nowocześni, często studenci innego ciekawego kierunku, którzy zapragnęli bardziej całościowej edukacji i gdzieś pomiędzy socjologią i prowadzeniem własnej firmy, znajdowali czas na psychologię.

Co jakiś czas przeżywałam romans.

Zawsze dość podobnie. Spotkania na korytarzu, wspólne zajęcia, jakaś praca w grupie, uśmiech na korytarzu. Potem płomienne spojrzenia i namiętne pocałunki… we śnie. Zresztą nawet we śnie pamiętałam, że jestem w związku i nawet tam pozostałym wierna Michałowi. Złościłam się często, że nawet we śnie nie mogę o nim zapomnieć i zaszaleć.
Jednak po namiętnych snach, kolejne spotkanie z mężczyzną na topie było zupełnie inne. Płonęłam rumieńcem na wspomnienie snów, czułam, że jesteśmy sobie bardziej bliscy niż rzeczywiście byliśmy. To działało jak magnes i wkrótce ów mężczyzna był mną coraz bardziej zainteresowany. Zbliżał się, a ja bacznie się mu przyglądałam. Analizowałam go cal po calu, porównując z Michałem i zachwycając się tym jaki był inny, cudny, kuszący.
Potem prędzej czy później przychodził moment, w którym palnął coś głupiego, dziwnie się zachował, powtórzył jakąś bzdurę,

a mnie mgła opadała z oczu.

Jezu, jak on mógł mi się w ogóle spodobać? Michał przy nim to ideał. Czego ja w ogóle szukam?!
Każdemu z tych mężczyzn jestem wdzięczna. Pomogli mi zrozumieć, co już mam. Porównać, posmakować (nigdy dosłownie z powodu mojego głębokiego przekonania, że pocałunek jest jak seks) i docenić.

Docenić to, co mam. I przestać się rozglądać za nie wiadomo czym.

Do czasu.
Bo prędzej czy później znowu pojawiał się
kolejny przystojny, oczytany, nowoczesny, w sweterku z dekoltem w serek i wypastowanych butach…
Niedawno świętowaliśmy 18 lat razem.
18 lat wciąż na nowo dokonywanego wyboru – tak, wybieram Ciebie, z Tobą chcę być, Ty jesteś dla mnie najlepszy.

Z Ajurwedą mam dokładnie tak samo.

Co pewien czas pojawia się jakaś koncepcja, najczęściej w postaci książki. Intrygujący tytuł, ładne wydanie, recenzja obiecująca gruszki na wierzbie, temat na topie w modnych miejscach.
Do tego dwie dyżurne łączniczki ze światem nowości pytają mnie „A znasz…?” „A czytałaś…?” „Ja korzystam z …”.
Potem płomienne spojrzenia w księgarni internetowej, namiętne chwile w kolejce do kasy. Wypatrywanie listonosza, rozrywanie za grubych kartonów i pierwsze pieszczoty. Kilka stron, zdań i chcę więcej.

Tym razem śnię na jawie.

Przychodzi klient, słucham go i śnię na jawie, że dzięki tej książce, tej koncepcji mu pomogę. Po macoszemu traktuję to, co tak dobrze znam i zachwycam się nowym podejściem.
Klient wychodzi, a ja sięgam do książki. Analizuję ją cal po calu, porównując z Ajurwedą i zachwycając się tym jaka jest inna, cudna, kusząca.

Prędzej czy później przychodzi moment,

w którym autor palnie coś głupiego, powtórzy jakąś bzdurę, a mnie mgła opada z oczu. Jezu, jak on mógł mi się w ogóle spodobać? Ajurweda przy tej książce-koncepcji to ideał. Czego ja w ogóle szukam?!
Każdej z tych książek jestem wdzięczna. Pomogła mi zrozumieć co już mam. Porównać, posmakować i docenić.

Docenić to, co mam. I przestać się rozglądać za nie wiadomo czym.

Zasypiam w pokoju z książkami.
Dwa regały pełne nie wiadomo-czego. Patrzę na nie i w głowie świta mi myśl. A gdyby w tym roku czytać tylko książki poświęcone Ajurwedzie? W końcu moje motto na ten rok to upraszczanie. A gdyby uprościć i ten obszar?
Kilka dni chodzę z tą myślą. Czuję się jak w nowych skórzanych butach. Niby wygodnie, ale ciagle coś ciśnie, uwiera, obciera. Z każdym dniem mniej. I w końcu dojrzewam do tej myśli. Tak, w 2017 roku będę czytać tylko książki o Ajurwedzie.

Zatem całej reszcie innych, cudnych i kuszących książek -koncepcji dziękuję.

Wystawiam na sprzedaż. Za zarobione/odzyskane pieniądze kupię kilka nowych książek o Ajurwedzie, na które mam chrapkę od kilku miesięcy.
Niech sobie mówią, że jestem monogamistką, nudziarą, ograniczam się, że tyle mi umyka i tylu rozkoszy nie zaznam. Tak, ograniczam się – w życiu osobistym do jednego mężczyzny, a w życiu zawodowym do jednej koncepcji. Upraszczam.

Szczególnie dziękuję…

Klientkom – tym, które czytają sto tysięcy książek-koncepcji i same już nie wiedzą co mają robić.

Pokazujecie mi czym grozi słuchanie każdego, kto ma coś do powiedzenia.

Moim dyżurnym łączniczkom ze światem nowości.
Stwarzacie mi nowe okazje do docenienia tego, co mam.
Moim dzieciom, Jagódce i Kazikowi.
Uświadamiacie mi jak cenny jest czas.
Tobie, jeśli dotarłaś do tego miejsca.
Płacisz mi – swoim czasem i uwagą za to, żebym dzieliła się z Tobą tym, co kocham.

IMG_0018
Share This