„Jedna rzecz” – recenzja bardziej osobista

Dziś na blogu wpis gościnny.

Nicole Radomska, która od maja 2018 roku jest moją asystentką.

Zapraszam do przeczytania jej recenzji, nieco bardziej osobistej, książki „Jedna rzecz. Zaskakujący mechanizm niezywkłych osiągnięć”, napisana przez duet Gary Keller i Jay Papasan.

„To jedna z książek, które przyszły do mnie w odpowiednim momencie. W momencie, gdy zawirowania Vaty sprawiły, że poczułam się zagubiona.

To dziwny rodzaj zagubienia i nie ma on żadnego związku z tym, że nie wiem co dalej. Wręcz przeciwnie, mam masę pomysłów na to, co dalej! Ale towarzyszy mi jednocześnie jakiś głęboki lęk, pomieszany z niezdecydowaniem…

Mój mąż doskonale wie jak to wygląda. Idę na nowe zajęcia, wracam w skowronkach i oświadczam mu z radością, że właśnie odkryłam swoje miejsce na ziemi. Po kilku dniach kolejnych zajęć, zastaje mnie na kanapie ze smętną miną i mówi: Co? To jednak nie to? 

A ja nawet nie potrafię mu powiedzieć dlaczego ta zmiana przyszła tak szybko i skąd wynika… Po prostu. Już nie.

 

To jednak nie ja?

Myślałam, że taki jest po prostu mój urok. Że taka już jestem pełna słomianego zapału, entuzjazmu, który kończy się niekiedy po kilku dniach, choć wydawało mi się początkowo, że to nowy plan na życie.

Moi znajomi zawsze powtarzali: Ty to jesteś taka kreatywna, wszędzie Cię pełno i masz tyle pomysłów na siebie…, a ja zamiast powiedzieć „Dziękuję!” krzywiłam się w duchu, bo to, co wydawało się im jednym z moich największych atutów, dla mnie było zmorą.

Nie chciałam mieć tysiąca pomysłów. Chciałam mieć jeden. Spójny, stały, konsekwentny. Taki, w którym odnajdę oparcie i stabilizację. Taki, w którym odnajdę całą siebie.

Miałam tak od kiedy pamiętam, choć zdarzały się momenty, gdy czułam tą klarowność i jasność.

To przekonanie, że doskonale wiem gdzie i po co idę.

Ten upór, który sprawiał, że przeciwności traktowałam jak coś, co przytrafia się zawsze, bo takie jest życie.

A nie jak coś, co jest znakiem, że podążam w złą stronę.

 

A to Ci psikus

Gdy poznałam Ajurwedę, dowiedziałam się, że to wcale nie mój urok. To urok nadmiaru Vaty, który przysłania moją prawdziwą naturę Pitty-Kaphy. Wszystko ułożyło mi się w większą całość.

Nerwowość, nadmierna emocjonalność, zamartwianie się, słomiany zapał… to wszystko okazało się efektem wydarzeń, które spotkały mnie w życiu.

Moja ciągła tęsknota za czymś stałym, za kierunkiem – to było cichym wołaniem mojej Pitty i Kaphy, które siedziały zaniedbane w kącie, gdy Vata przeprowadzała swoją rewolucję.

Tańczyła w szaleńczym pędzie na środku pokoju, podczas gdy wszyscy inni uczestnicy imprezy byli już zbyt zmęczeni, żeby nawet próbować ją uspokoić.

To był moment, kiedy zaczęłam walkę o powrót do równowagi. Celowo użyłam tutaj słowa “walka”, bo moje dotychczasowe życie w ogóle temu nie sprzyjało.

Mój grafik był wypchany po brzegi i jedynym nie zaplanowanym czasem w tygodniu był niedzielny wieczór. Znalazłam dwa niezawodne sposoby, żeby dać radę tempu, które sobie narzuciłam: hektolitry kawy i krótszy sen.

Co więcej, wszyscy moi przyjaciele żyli w dokładnie ten sam sposób. Podświadomie w bliższych znajomościach preferowałam Pitty – to z nimi zawsze najłatwiej było mi się dogadać, choć niekoniecznie spotkać. Bo, jak to typowe Pitty, większość z nich miała ciągoty do pracoholizmu, więc zawsze umawialiśmy się z mniej więcej miesięcznym wyprzedzeniem.

I tak właśnie było – pędziłam i ja, i oni, od czasu do czasu spotykaliśmy się na kawę i wspólne narzekanie na to, że ciągle się nie wyrabiamy. Wydawało nam się, że tak trzeba, bo przecież Ci, którzy robią mniej zazwyczaj nie osiągają zbyt wiele.

Albo są leniwi.

Albo jedno i drugie.

 

To da się inaczej?

Aż tu nagle trafiłam na książkę “Jedna rzecz”, której główne przesłanie stoi w sprzeczności z tym, co zazwyczaj uchodzi za esencję sukcesu.

Nie chodzi o to, żeby robić jak najwięcej, tylko, żeby wiedzieć co robić, żeby mieć z tego jak najwięcej. Jak najwięcej w aspektach takich jak samospełnienie, satysfakcja i radość z życia.

Listy “to do” nie są mi obce, więc sądziłam, że ustalanie priorytetów mam w małym palcu. Jednak po przeczytaniu, że mam wybrać jedną rzecz… oniemiałam.

Zadanie sobie pytania: Jaką jedną rzecz mogę zrobić, ale taką, że gdy będzie zrobiona, wszystko inne stanie się prostsze lub nieistotne? okazało się dla mnie nie lada wyzwaniem.

Jak to jedną?

A co z resztą?

Skąd mam wiedzieć, co jest tą jedną rzeczą?

A co, jeśli wybiorę źle?

Jak mam zachować w tym wszystkim jakąkolwiek równowagę?

Mimo, że całe życie tęskniłam za stabilnością, mój umysł nie jest do niej przyzwyczajony. Wytrenowałam go w tym, żeby stał się wszechogarniaczem, który potrafi sprawnie działać na kilku frontach. Jest też doskonały w tym, żeby wymyślać nowe zadania zanim jeszcze skończę to, którym się aktualnie zajmuję.

Jest nienasycony i zawsze chce więcej, nie dając mi spokoju… chociaż tak bardzo mi się marzy, żeby go w końcu odrobinę doświadczyć. A tu nagle mam wybrać. Ograniczyć się.

Być konsekwentną i iść tylko w jednym kierunku zamiast 394893849384 kierunków tak, jak do tej pory.

Nie wiedziałam jak pójść o krok dalej, więc zaczęłam pytać wszystkich wokół (którzy nie zdążyli uciec na czas):

Co jest Twoją jedną rzeczą?

Część z nich odpowiadała bez wahania: Rodzina. Zdrowie. Aktywność fizyczna. Praca.

Czasem zdarzało się, że nie potrafili odpowiedzieć. Jak to jedną rzeczą?

Jednak zazwyczaj okazywało się, że odpowiedź przychodziła sama. Wystarczyło przyjrzeć się ich dniom.

Temu, o czym najczęściej myśleli. Temu, na co poświęcali najwięcej czasu.

Temu, co stawiali zawsze na pierwszym miejscu, bez względu na to czy się waliło czy paliło.  

 

Jak znaleźć złoty środek?

Podczas pierwszego spotkania z koncepcją “Jednej rzeczy”, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to prosta droga do zaniedbania wszystkich innych dziedzin życia, które nie są związane z moim celem.

George Kelly przekonał mnie jednak do tego, że to wcale nie o to chodzi. Że nie ma czegoś takiego jak “równowaga życiowa”, chociaż zawsze, gdy ktoś pytał się mnie do czego dążę, odpowiadałam właśnie tak – Do równowagi. Do bycia pośrodku.

Po przyjrzeniu się bliżej temu, co oznacza “bycie w równowadze” nagle okazuje się, że to wcale nie rzeczownik… tylko czasownik. To proces, który wymusza ciągłe czuwanie nad jego przebiegiem. To proste – najważniejsze, żeby nie przegiąć za bardzo w żadną stronę. Przeciwważyć i obserwować czego w danym momencie potrzeba w moim życiu najbardziej.  

To nieustanne negocjacje z czasem, w trakcie których czasem lepiej trzymać się środka i sprawdzonych rozwiązań. A czasem, postawić na ekstremalne i skrajne rozwiązania. Cała sztuka w tym, żeby wiedzieć kiedy jest czas, żeby to zrobić.

Jeśli zdecyduję, że poświęcam się w pełni macierzyństwu i to jest dla mnie moja Jedna rzecz na ten moment, daję sobie też wewnętrzną zgodę na to, że niektóre rzeczy pozostaną niezałatwione.

Mój dom nie będzie lśnił czystością jak u “Perfekcyjnej Pani domu”, a mój rozwój zawodowy nie będzie się rozkwitał w tak zawrotnym tempie jak kilka lat temu. To kompromis, który ma swoją cenę (na przykład grymaszenie teściowej, gdy wpada w odwiedziny i widzi kurz na parapecie), ale nie da się go uniknąć – nie rozdwoję się.

Co więcej, nawet gdybym się rozdwoiła oznaczałoby to nie to, że jestem wybitnie uzdolniona. Raczej to, że mimo ogarnięcia kilku rzeczy równolegle, żadnej z nich nie zrobię dobrze.

Kelly przytacza przykład biznesmena, który postanowił, że jego Jedną rzeczą będzie rozwój firmy. Oddał jej się w pełni – przez kilka lat prawie nie było go w domu. Pracował od rana do nocy, wracał do domu jedynie po to, żeby się przespać i skoro świt wyruszał do firmy. Jego życie rodzinne praktycznie przestało istnieć – gdy wpadał późnym wieczorem do domu, jego żona i dzieci zazwyczaj już spały.

Po kilku latach odniósł niesamowity sukces, a firma zaczęła funkcjonować tak dobrze, że tak naprawdę przestał być potrzebny w tej całej biznesowej machinie. Wtedy postanowił, że jego Jedną rzeczą będzie rodzina, którą tak do tej pory zaniedbywał. Chciał jej wszystko wynagrodzić, tylko… jak? Nie da się cofnąć czasu i nadrobić tych wszystkich rodzinnych sytuacji, w których go zabrakło: urodzin syna, wspólnych kolacji, wyjść na plac zabaw, wyjazdów na wakacje.

Idea przeciwważenia zakłada balansowanie, ale na tyle sprytne, żeby nie uwikłać się w coś, co jest tak radykalne, że nie ma od tego odwrotu. Dlatego skrajności nigdy nie są dobrym pomysłem.

 

Brak wyboru to też wybór

“Jedna rzecz” sprawdzi się doskonale jako propozycja dla zagubionej Vaty. Pięknie przeprowadza czytelnika przez kilkuetapowy proces klarowania sytuacji.

Najpierw rozprawiasz się z mitami. Przekonujesz się, że to bujda, że wszystko jest tak samo ważne. Że wielozadaniowość wcale Ci nie służy, a samodyscyplina jest potrzebna do zmian, ale tylko na początkowym etapie, bo potem stajesz się siłą swoich nawyków.

Przepis na sukces okazuje się prosty (choć wielu z nas myśli, że to tak trudne i skomplikowane). Wymaga sporo pracy, ale nie jest czymś nieosiągalnym. Sprzyja mu stawianie ambitnych celów i danie sobie pozwolenia na dążenie do realizacji marzeń, nawet jeśli trudno uwierzyć w to, że kiedyś się urzeczywistnią.

Kelly zachęca do tego, żeby brać odpowiedzialność – zarówno za to, jak na co dzień postępujesz, jak i za to po co tak postępujesz. A na sam koniec ostrzega co może Cię zwieść z drogi do osiągnięcia sukcesu, wymieniając czterech złodziei produktywności: brak asertywności, lęk przed chaosem, nie dbanie o zdrowie i brak wsparcia.

“Jedna rzecz” to książka, z którą się dojrzewa. Taka, która na długo zostaje w pamięci i zmienia perspektywę patrzenia na codzienne wybory.

Nagle zaczynasz się zastanawiać:

Czy to, co wybieram, mi służy?

Czy to przybliża mnie do tego, kim chcę się stać?

Do miejsca, w którym chciałabym być za kilka lat?

To, co we mnie pojawiło się po przeczytaniu tej książki i wybrzmiało bardzo głośno to to, że uświadomiłam sobie, że nawet, jeśli nie potrafię odpowiedzieć na te pytania, odpowiedź i tak klaruje się sama.

Nawet, jeśli może wydawać mi się, że nie podejmuję wyboru, on podejmuje się sam.

Bardzo mocno kojarzy mi się to z jednym z moich ulubionych cytatów:

Uważaj na swoje myśli, stają się słowami.

Uważaj na swoje słowa, stają się czynami.

Uważaj na swoje czyny, stają się nawykami.

Uważaj na swoje nawyki, stają się charakterem.

Uważaj na swój charakter, staje się twoim przeznaczeniem.

To, co robię, kształtuje to, kim się staję.

Nie tylko w perspektywie miesięcy czy lat, ale też w perspektywie małych codziennych kroczków. Takich, które są niezauważalne, gdy popatrzysz na każdy z nich osobna.

Jednak, gdy popatrzysz na nie z dystansu – widzisz wyraźnie kierunek, w którym Cię prowadzą.

Bez względu na to, czy Twoja decyzja była świadoma czy nie.

Ona zawsze jest “Twoja”.

 

 

Nicole Radomska

Dzięki wspólnej pracy z Marysią, każdego dnia poznaję Ajurwedę, coraz bardziej się w niej zakochując.

Po godzinach piszę na Samorozwijalni i zanurzam się w świecie jogi.