Podsumowanie roku 2017

Ten wpis dłygo leżał w szufladzie…

Teraz kiedy zabieram się za podsumownaie 2018 roku,

dobrze zerknąć wstesz,

dla porówania.

Szczególnie, jeśli tak jak ja, cierpi się na „amnezję” (jak kiedyś nieco złośliwie, ale i trafnie powiedział mój brat).

 

Chciałabym razem z Tobą podsumować rok 2017 i opowiedzieć Ci jakie mam plany na kolejny rok.

Parę dni temu byłam w kinie na filmie „Król rozrywki”. To na tyle ciekawa opowieść, że byłam na tym filmie 3 razy z rzędu w trakcie jednego tygodnia. Najpierw sama w Sylwestra, potem w Nowy Rok z moją przyjaciółką, a potem jeszcze raz kilka dni później z moją drugą przyjaciółką.

Kiedy wychodziłam z kina z Anią, zapytałam ją:

Aniu, pomyśl sobie gdzie byłaś 5 lat temu? Gdzie byłyśmy 5 lat temu?

Zrobiłam 5 kroków do tyłu, cofając się o kilka lat i wylądowałam o 5 lat do tyłu, czyli w styczniu 2013 roku.

Kilka lat wcześniej

Pracowałam wtedy w czymś, co wydawało mi się pracą moich marzeń. Napisałam projekt unijny na dosyć duże pieniądze i zapewniłam sobie staż w międzynarodowej organizacji zajmującej się projektami unijnymi. Pojechałam tam razem z mężem i zamieszkaliśmy na Sycylii, na 8 miesięcy.

Na miejscu okazało się, że kompletnie tam nie pasuję. Że czuję się tam po prostu jak piąte koło u wozu. Wszystko co wydawało się być spełnieniem moich marzeń, kompletnie nie jest dla mnie.

Byłam wtedy w trakcie coachingu. Miałam coacha z Polski, z resztą mojego dobrego znajomego ze studiów, Karola Konkela, który zrobił mi cztery sesje coachingowe za jakąś śmieszną sumę.

Wszystkie były o tym, że w gruncie rzeczy to ja chcę założyć firmę, która będzie się nazywać „Agni. Gabinet terapii ajurwedyjskich”. I że chcę swoje życie skupić tylko wokół działań związanych z Ajurwedą.

Tak wyglądała sprawa 5 lat temu.

Po co Ci to mówię? Żeby Ci pokazać, że tu, gdzie jestem dzisiaj, nie znalazłam się ani w tydzień, ani w dwa, tylko już 5 lat temu. A to było już przynajmniej 5 lat po poznaniu Ajurwedy. Po zajmowaniu się nią hobbistycznie i traktowaniu jej jako mojej pasji. Już po kursie Ajurwedy, który odbyłam w Indiach.

Pięć lat temu wahałam się czy postawić wszystko na jedną kartę i zaryzykować. Czy rzeczywiście spróbować żyć i utrzymywać się z Ajurwedy czy dalej robić to, co widziałam, że jest dobrze płatne i pożądane. To, co jest bezpieczną drogą. Gdybym miała to podsumować jednym zdaniem, to podsumowałabym to tak:

Świat nagradza tych, którzy podejmują ryzyko i tych, którzy się odważają.

A odwaga to jest ta cecha, która moim zdaniem jest właśnie czymś, co umożliwia nam działanie, pomimo lęku czy strachu.

Mam siebie za osobę odważną, ale cholernie się boję bardzo wielu rzeczy. I ta odwaga w moim wydaniu jest po prostu umiejętnością działania pomimo tego lęku. Pomimo tego strachu, który we mnie jest. Podejmowania ryzyka i może nie stawiania wszystkiego na jedną kartę, ale próbowania nowych rzeczy.

Co w 2017 roku się udało?

Teraz przyjrzyjmy się temu, co jest pięć lat później. Na początek chciałam Ci opowiedzieć o kilku niesamowitych kursach online, które miały miejsce w zeszłym roku.

 

Kurs Oczyszczanie z Ajurwedą

Po pierwsze odbył się kurs online „Oczyszczanie z Ajurwedą”, który miał dwie edycje: wiosenną i jesienną. Edycja wiosenna była o tyle ciekawa, że przyciągnęła sporo kobiet, które osiągnęły w swoim życiu sukces: zawodowy, finansowy, osobisty.

Często taki sukces, który przypłaciły zdrowiem i nabawiły się jakiś przewlekłych dolegliwości chorób. Trafiły do tego kursu z nadzieją, że to będzie jakiś taki przedsionek – pierwsze podejście do powrotu do zdrowia.

To właśnie te klientki wymagały ode mnie najbardziej konkretnych działań w tym kursie. Chciały wiedzieć kiedy mają zrobić to oczyszczanie, jak to oczyszczanie będzie wyglądać i to m.in. one podsunęły mi pomysł, żeby zsynchronizować kurs z majówką.

Ten kurs był fenomenalny. Rzeczywiście część teoretyczna kursu skończyła się gdzieś chyba 30 kwietnia. 1 maja, w sobotę, zaczęło się oczyszczanie, które uczestniczki kursu kontynuowały przez 5, 8, 9 dni, a niektóre nawet 21 dni.

W trakcie kursu powstała grupa kilkunastu osób, które przechodziły przez ten proces w tym samym czasie. To sprawiło, że powstała niesamowita energia zmiany i wiele z tych kobiet zapoczątkowało piękną zmianę w swoim życiu.

 

Kurs Psychologia ajurwedyjska

Po tym kursie odbył się kurs „Psychologia ajurwedyjska”. Pierwsza edycja tego kursu miała miejsce w czerwcu i to był dla mnie absolutnie przełomowy kurs. Dlaczego? Dlatego, że to był pierwszy kurs i pierwszy temat, który zrobiłam z miłości do tego tematu.

„Oczyszczanie z Ajurwedą” i wszystkie materiały dotyczące tego tematu wypływało z tego, że ludzie mnie o to prosili. Chcieli, żebym o tym mówiła, żebym tego uczyła, pytali o to oczyszczanie i o to, czym jest Panchakarma. Byli rozczarowani tym, że nie mogą z niej skorzystać ani w Indiach, ani w Polsce. Pytali o to, co mogą zrobić samodzielnie – z tej motywacji powstał kurs „Oczyszczanie z Ajurwedą”.

Natomiast kurs „Psychologia ajurwedyjska” to był kurs, który powstał po prostu dlatego, że kocham ten temat. To kurs, który podpowiadał mi serce.

Wzięło w nim udział 47 osób i była liczba, które absolutnie mnie zwaliła z nóg. Nie spodziewałam się aż tylu uczestników. Marzyłam, że będzie 30 osób, które zechcą wziąć udział w tym kursie.

Kurs odbył się w dwóch wariantach. W wariancie standardowym, który kończył się z końcem grudnia i w wariancie dla profesjonalistów. To niesamowite doświadczenie, a zarazem ogrom pracy. Okazało się, że kurs stał się okazją do dotknięcia wiedzy, której absolutnie nie ma w książkach.

Psychologia ajurwedyjska jest taką wiedzą, której nie ma w książkach właściwie. Pojawia się rozproszona, szczątkowa, fragmentaryczna. A jednocześnie jest niesamowicie ważna, podstawowa i esencjonalna.

 

Kurs Odchudzanie z Ajurwedą

Co jeszcze wydarzyło się w zeszłym roku? Wydarzył się jeszcze jeden kurs online – „Odchudzanie z Ajurwedą”. Ten kurs też był przełomowy.

Mimo, że nie jestem ekspertką od odchudzania to słuchając moich klientek przez lata i obserwując wszystkie pomysły, które krążą w świecie na temat odchudzania, stwierdziłam, że przyszedł wreszcie czas, żebym zabrała głos w tej sprawie. I powiedziała rzetelnie, całościowo i holistycznie jak wygląda kwestia odchudzania z perspektywy Ajurwedy.

Pamiętam też bardzo dobrze, że na kursie w Indiach ten temat był szczególnie dla mnie interesujący, bo już wtedy pomyślałam sobie, że to jest totalnie wbrew temu, co ludzie wiedzą i robią.

Myślałam o tych wszystkich kobietach, które katują się  jogurtem, niejedzeniem i sałatkami z nadzieją, że schudną. I rzeczywiście, chudną, a potem znowu tyją, czasem dwa razy bardziej.

I zrobiłam kurs, w którym przełomem było dla mnie wyjście ze swojej strefy komfortu. Pamiętam, że zapraszając ludzi do kursu mówiłam, że nie jestem ekspertem od odchudzania, ale wiem sporo na ten temat z obserwacji, wiedzy i Ajurwedy. I że chętnie poukładam tę wiedzę tak, żeby ona mogła im służyć.

To był też taki wyjątkowy kurs, ponieważ trwał 21 dni rozgrzewki i rzeczywiście faktycznego, intensywnego odchudzania w sierpniu, bo zgodnie z Ajurwedą lato sprzyja odchudzaniu. Następnie ten kurs miał mieć kontynuację dziewięciomiesięczną, która zakładała organizację webinaru raz w miesiącu. Każdy z webinarów był poświęcony jednemu nawykowi, który podpiera ten proces odchudzania albo nie tycia w  zastraszającym tempie.

To był wyjątkowy kurs pod względem pracy z dziewczynami, które autentycznie przyszły z tym problemem. Przyszły poranione różnymi dietami dosłownie i w przenośni.

Były wśród nich też takie, które przyszły z dużym niezrozumieniem siebie i niezrozumieniem tego, jak funkcjonuje ich ciało. Z tym, jak jest to sprzężone z umysłem, co je blokuje w odchudzaniu i co im stoi na przeszkodzie.

 

Kurs Zdrowa tarczyca z Ajurwedą

W zeszłym roku odbył się jeszcze jeden kurs online: „Zdrowa tarczyca z Ajurwedą- coachingowy kurs online”. I to był też przełomowy kurs. Dlaczego? Dlatego, że był oparty na mojej indywidualnej pracy z klientkami.

Gdy przyszła do mnie piąta czy dziesiąta dziewczyna chora na tarczycę, która kompletnie nie rozumiała skąd się to schorzenie wzięło, to uznałam, że czas przygotować całościowy program, który pomoże moim klientkom zrozumieć przyczyny, znaleźć sprawdzone rozwiązania, wcielić je w życie i poczuć się lepiej.

A przełom w tym kursie polegał na tym, że zaproponowałam kurs w wersji coachingowej. Ze spotkaniami grupowymi, na których osoby, które mają tendencję do kupowania kursu i nie zmieniania niczego rzeczywiście poradziły sobie z tym swoim słomianym zapałem i  wytrwały w swoich postanowieniach.

I zgadnij co się stało? Na kurs zapisało się finalnie 25 osób, a 5 osób było w grupie coachingowej.

I to stało się dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Dlatego, że te dziewczyny rzeczywiście pokazały mi, że to, co przeczuwałam, ma sens. Czułam, że nie ma sensu robić kursu, w którym nie ma możliwości spotkać się indywidualnie i wesprzeć w działaniu.

I rzeczywiście, gdy dziewczyny przyszły na pierwsze spotkanie to okazało się, że na pięć z nich tylko jedna przeszła przez pierwszy moduł, a pozostałe jeszcze nawet go nie otworzyły. Potem, gdy przyszedł czas na drugie drugie i trzecie spotkanie zaczęły się mobilizować i sobie przyglądać.

Korzystały z tych wszystkich takich elementów wsparcia, które w naturalny sposób się pojawiały czy to z mojej strony czy ze strony innych dziewczyn. I po czterech spotkaniach, wszystkie zaczęły być na bieżąco z kursem.

Myślę, że to jest ich absolutny sukces. Sukces, który pokazuje, że taka formuła kursu ma sens.

 

Wprowadzenie do Ajurwedy

W zeszłym roku odbyły się też dwie edycje kursu „Wprowadzenie do Ajurwedy”. Kursu, który trwa 55h i jest solidnym fundamentem dla osób, które chcą pogłębić swoje zrozumienie Ajurwedy dla celów prywatnych albo przygotowują się do rozpoczęcia ścieżki zawodowej.

W pierwszej edycji we Wrocławiu wzięło udział 5 osób i w życiu każdej z tych osób mogłam śledzić transformujące przemiany.  To, jak Ci ludzie, którzy przyszli w lutym, wyglądali w czerwcu. I to, jak wyglądali później, we wrześniu czy październiku, kiedy odbyło się spotkanie 3 miesiące po zakończeniu kursu.

To było przepiękne doświadczenie widzieć jak rzeczywiście nie tylko nauczyli się Ajurwedy, ale zmienili też swoje życie i zdrowie. A do tego swoje zrozumienie tego, na czym polega właściwie życie.

Drugi kurs „Wprowadzenie do Ajurwedy część II” i wzięła w nim udział grupa pięciu dziewczyn, które są przekonane o tym, że chcą zacząć nową ścieżkę zawodową związaną z Ajurwedą. A ten kurs jest pierwszym krokiem na tej ścieżce.

Jestem bardzo ciekawa obserwacji ich losów i ich ścieżki zawodowej. Myślę, że moja opowieść o tym, jak to się stało, że jestem tu gdzie jestem, jest bardzo inspirująca i pokazuje, że da się. Tylko rzeczywiście wymaga to po pierwsze odwagi, a po drugie wytrwałości.

 

Cała masa webinarów

Co jeszcze wydarzyło się w ubiegłym roku? Odbyło się w nim też 8 webinarów i 24 kursowe webinary dedykowanych uczestnikom kursów.  

Kursy online stały się moim sposobem na pracę z tego powodu, że jestem mamą dwójki dzieci. Mam Jagódkę, która ma 3 latka i dwa miesiące i Kazika, który ma roczek i miesiąc.

Praca online jest dla mnie najbardziej możliwą formą pracy w tym momencie życia, w którym jestem. Ma niesamowicie dużo zalet, bo taka formuła pozwala ograniczać koszty dla uczestników. Udział w kursie online jest zawsze dużo tańszy niż praca indywidualna.

Oczywiście, jest dużo tańszy finansowo, ale też tańszy czasowo dla osób, których nie stać na dojeżdżanie, bycie gdzieś przez 3-5 godzin, ale mają ten czas, żeby znaleźć 30-40 minut. Po to, żeby wysłuchać nagrania, zrobić praktyczne ćwiczenie, skonsultować się w ten czy inny sposób czy podejrzeć to, co dzieje się na Facebooku.

Myślę, że przyszłość edukacji w dużej mierze związana jest z edukacją online, ale trzeba to robić sensownie.

Mam za sobą parę tysięcy godzin treningów i warsztatów, w których pracowałam jako trenerka. Bardzo dużo wiem o tym, jak ludzie się uczą.

Wiem o tym, jak funkcjonuje Vata, Pitta, Kapha i korzystam z tych doświadczeń tworząc kursy, które rzeczywiście nadają się do pracy w praktyce.

Nie zależy mi tylko na tym, żeby ludzie tylko kupili mój kurs. Jeśli tylko go kupią, zapłacą, a potem z niego nie skorzystają, to w gruncie rzeczy w ogóle nie chcę mieć takich klientów.

Chcę mieć klientów, którzy kupują i korzystają. Wcielają w życie i wychodzą w świat, szerząc wiedzę i zrozumienie Ajurwedy, bo zrozumieli siebie.

Dzięki temu, że ten kurs tak pięknie w nich pracuje, oni sami stają się rzecznikami Ajurwedy. Rzecznikami zmiany dla swoich rodzin i dla całych społeczności, w których mieszkają.

Myślę, że kursy online, te, które rzeczywiście mają sens, to są kursy, które dbają o to, żeby teoria stała się praktyką. Żeby stała się rzeczywistością ludzi, którzy w nich uczestniczą.

Stąd też, że wcale mnie nie martwi fakt, że kursów online przybywa. Raczej zastanawiam się nad tym czy wszyscy dadzą radę z jakością. Z zapewnianiem takich doświadczeń, które rzeczywiście procentują. Takich, które nie kończą się tylko na wrzuceniu do koszyka, tylko przynoszą realne zmiany w ludziach i ich życiu.

 

Pierwszy warsztat online

W 2017 roku wydarzył się też mój pierwszy warsztat online. To nowa formuła pracy, która świetnie się sprawdziła. Na warsztacie było trochę ponad 30 osób. Większość uczestników była z niego bardzo zadowolona.

Tego typu warsztatowa formuła przybliżała tych, którzy jeszcze nie mogli skorzystać z indywidualnej konsultacji do zrozumienia siebie i tego, jaka dosza powoduje jakie zaburzenia. Dawała od razu konkretne zalecenia i wskazówki.

 

Mini kurs i ponad 1000 osób w grupie

Zrobiłam też bezpłatny mini kurs „Pierwsze kroki w Ajurwedzie”. Możliwe, że widziałaś ten kurs w grupie „Rok z Ajurwedą”, którą prowadzę. Myślę, że to piękny materiał, który umożliwia miękkie wejście w temat.

Grupa „Rok z Ajurwedą” funkcjonuje już 3 lata i z końcem tego roku liczyła 1010 osób. To absolutnie szałowa liczba, bo znam większość tych ludzi, którzy dołączają do tej grupy. Poznaję ich przez ich komentarze, ich zaangażowanie, przez to, że bywają w kursach, czytają, komentują i zjawiają się na webinarach. Cieszę się z każdej nowej osoby, która przychodzi po to, żeby zgłębiać Ajurwedę.

 

12 webinarów

Na finale tego 2017 roku odbyła się akcja 12 webinarów. 12 webinarów przez 12 dni, czyli codziennie otrzymywałaś dostęp do jednego webinaru spośród tych, które odbyły się w ubiegłych latach.

 

Moje motto na 2017

Moim hasłem przewodnim na 2017 rok było pytanie, które spotkałam na jednym z treningów, w których brałam udział. To pytanie brzmiało:

Czy deklaruję się, że osiągnę ten cel, który chcę osiągnąć?

Nie “Czy chcę go osiągnąć?”, ale czy decyduję, deklaruję i poświęcam się dla osiągnięcia tego celu.

A moim celem była praca z Ajurwedą. Ta kartka przez kilka miesięcy leżała w moim gabinecie. Przypomniała mi o tym, że jestem skłonna zapłacić cenę za to, co się będzie działo.

A musisz wiedzieć, że przez wiele lat nie byłam skłonna zapłacić tej ceny. Chciałam mieć i to, i to. Nie byłam skłonna do różnych ustępstw i kompromisów.

W zeszłym roku rzeczywiście stwierdziłam, że jestem w stanie poświęcić różne rzeczy po to, żeby zająć się tylko i wyłącznie Ajurwedą.

Jakie to są poświęcenia? Powiem Ci najprostsze z nich: gdy zaczynałam rok 2017 to obiecałam sobie w obecności mojego męża, że w tym roku będę kupować tylko książki dotyczące Ajurwedy.

Kocham książki, dlatego takie poświęcenie było dla mnie naprawdę ogromnym wyzwaniem. Oznaczało to, że byłam gotowa poświęcić wszystkie fascynujące książki, których nie będę kupować i skoncentrować się tylko na tych opisujących Ajurwedę.

Czy udało mi się zrealizować to postanowienie? Myślę, że na 70%.

Większość książek, które kupiłam rzeczywiście dotyczyły Ajurwedy, ale część dotyczyła innych rzeczy. Ale dzięki temu postanowieniu weszłam jeszcze bardziej w głąb Ajurwedy.

Jeszcze bardziej się w niej zakochałam i jeszcze lepiej zrozumiałam jaka tkwi w niej głębia i ile jest w niej możliwości.

Co mnie prowadziło w 2017 roku?

Prowadziły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze marzenie o tym, żeby zamieszkać w domu.  Nie w bloku, nie w mieście, tylko pośród natury. Żeby w końcu mieć takie swoje fizycznie miejsce na Ziemi.

Prowadziło mnie marzenie też o tym, że w 2018 pojadę do Indii na Panchakarmę. Że po trzech latach bycia w ciąży,  karmienia, nie spania pojadę w Himalaje.

Marzyło mi się też, że podczas wyjazdu nakręcę dla Was filmik. Widziałam taki filmik w styczniu zeszłego roku. Jeden z moich mentorów biznesowych nakręcił taki filmik gdzieś na nartach i opowiadał coś na temat swoich planów na 2017 rok. Pomyślałam sobie: „Wow!”. Udostępniłam ten filmik na Facebooku i napisałam: „W przyszłym roku nakręcę taki z Himalajami w tle”.

I przez cały rok prowadziło mnie to, że chcę w tym roku pojechać do Indii i zbliżyć się do tego, żebyśmy niebawem zamieszkali w naszym domu. W domu zbudowanym na Ajurwedzie.

Jeśli w tych wszystkich działaniach, które podejmujesz, masz jakiś większy cel dotyczący jakości Twojego życia i wizji tego, gdzie chcesz być i co chcesz robić, to ten większy cel dodaje Ci energii. Dodaje Ci siły na te dni, kiedy Ci się nie chce.

Nie zawsze jest tak, że mam flow i bardzo łatwo przychodzi mi emitowanie tych wszystkich treści. Zwłaszcza, że w większości, w prawie 95 procentach robię to tylko i wyłącznie sama.

Mam nadzieję, że w kolejnym roku się to zmieni, bo będę szukać asystentki. Jednak do tej pory w sferze online jestem sama. Bo oczywiście jest też mój mąż, który pracuje stacjonarnie. Robi masaże, prowadzi jogę i Panchakarmę. Jednak jego praca jest równoległa z moją. Nie mogę liczyć na jego pomoc w tych wszystkich rzeczach związanych ze wszystkimi internetowymi działaniami.

Tak, jak wspominałam: nie zawsze jest tak, że wstaję i mi się chce. Ale przez większość dni jestem w stanie przypomnieć sobie dlaczego.

Przez większość zeszłego roku moje zdjęcie profilowe w tle na Facebooku przedstawiało mój wymarzony dom. Na pulpicie komputera miałam też zdjęcie, które przypominało mi, że chcę pojechać w Himalaje.

A na szafie trzymałam mapę marzeń. Obraz, który przedstawia prowadził mnie przez ostatnie trzy miesiące zeszłego roku. To moje wymalowanie na warsztatach Vedic Art marzenie o tym, gdzie chcę spędzić grudzień 2017 roku. Akurat to marzenie się nie ziściło – nie pojechaliśmy świętować Nowego Roku w tropikach, ale mamy bilety do Indii.

Jedziemy do Indii wszyscy: ja, Michał, Jagódka i Kazik. Michał jedzie prowadzić jogę w Himalajach, dzieci jadą poznać Indie, a ja jadę na Panchakarmę. Spełnia się to marzenie, które chciałam, żeby się spełniło.

Myślę, że też coraz bliżej jest też marzenie o tym, żeby mieć swój  kawałek ziemi. Kawałek domu.

Po prostu przestałam blokować przepływ

Jak widzisz, w 2017 roku wydarzyło się bardzo dużo. Gdybym miała podsumować ten rok w dwóch zdaniach to powiedziałabym, że przestałam blokować przepływ. To dla mnie sedno tego sukcesu.

Myślę, że w przeszłości wielokrotnie sama sobie stawałam na drodze do osiągania różnych rzeczy, które chciałam osiągać. Przez swoje przekonania, niepewności, lęki. Przez czynniki, które zaburzyły we mnie Vatę, Pittę i Kaphę.

Niejednokrotnie pojawiało się w moim życiu więcej czynników, które zakłócały, spowalniały i zatrzymywały ten przepływ wiedzy, energii, miłości, współczucia, dawania i obfitości. Myślę, że w zeszłym roku to wszystko się odblokowało i dlatego tyle tego wyszło.

Co się zdarzyło? Co mi pomogło? Co świadomie wprowadziłam w życie i jakie nawyki pomogły mi w osiągnięciu tego wszystkiego, co się zdarzyło w zeszłym roku? Pozwól, że opowiem Ci jak to się to odblokowywało. 

 

Narodziny siłami natury

Pierwszą podstawową sprawą, która miała niesamowity na mnie wpływ było to, że urodziłam dziecko. Urodziłam drugie dziecko siłami natury. Jestem chyba jedną z niewielu kobiet, które tak tego doświadczyły.

Najczęściej, gdy kobiety mają dwójkę dzieci to pierwsze rodzi się siłami natury, a przy drugim mają mieć cesarkę. U mnie było na odwrót.

Moja pierwsza ciąża była piękna i holistyczna. Przed ciążą byłam na Panchakarmie. I finałem tej pięknej, holistycznej ciąży był traumatyczny poród poprzez cesarskie cięcie. Traumatyczny i dla mnie, i dla Jagody.

Nic, oczywiście, nam się nie stało, ale myślę, że to doświadczenie bardzo mocno na nas wpłynęło. Po dziś dzień widzę jak ważne jest to, w jaki sposób przychodzimy na świat.

Zachodząc w ciążę z drugim dzieckiem, marzyłam o tym, że urodzę je siłami natury. A jednocześnie miałam w sobie bardzo dużo pokory, bo pierwszy poród nauczył mnie tego, że nie możemy zdecydować o tym, jak będzie wyglądał. Jak to skomentował mój teść:

Nie my decydujemy o tym,  jak przychodzimy na świat i o tym, kiedy umieramy.

Moja druga ciąża wcale nie była już taka holistyczna. Była pełna stresu i różnych ważnych zmian życiowych.

W zeszłym roku przeprowadzaliśmy się i mieliśmy też trudną sytuację finansową ze względu na zamieszaniem z ZUS-em. Wszystko było pod górkę. O ile w ciąży z Jagodą w domu czułam się jak w szklarni, to w ciąży z Kazikiem miałam naprawdę bardzo trudną życiową sytuację.

Pojawiła się też u mnie masa dolegliwości, które były dosyć uporczywe, zwłaszcza w pierwszym trymestrze.

I na finale udało mi się urodzić Kazika siłami natury.

To doświadczenie sprawiło, że poczułam, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Doświadczyłam poczucia mocy i nieskończonych możliwości, o czym niejednokrotnie czytałam u Deepaka Chopry.

To niesamowite, przepiękne doświadczenie, które mi dodało ogromnej siły na każdy dzień tego kolejnego roku, bo Kazio urodził się 30 listopada 15 minut przed północą.

Kontekst jest wszystkim

Chciałabym, żebyś trochę zrozumiała kontekst, bo myślę, że kontekst w planowaniu i osiąganiu celów jest absolutnie wszystkim. To nie jest coś, co bierzesz na końcu, tylko to jest coś, co bierzesz na początku.

Gdy zastanawiałam się nad tym, co chcę osiągnąć w 2017 roku to myślałam o tym, że nie wiem, bo to zależy od tego jaki będzie Kazik. Nie wiedziałam jakim będzie dzieckiem i trudno mi było planować cały rok, nie wiedząc co będzie możliwe. Jak w ogóle ułoży się to nasze wspólne życie.

Kontekst naszej rodziny jest taki, że jesteśmy rodzicami samodzielnymi. Mieszkamy we Wrocławiu i wychowujemy dzieci sami.

Moi rodzice nie żyją, rodzicie Michała pracują w Szwecji i właściwie widują się ze swoimi wnukami rzadko, bo przez większość roku ich nie ma. Więc to nie jest tak, że mam dwie babcie gotowe do tego, żeby pomóc mi w opiece nad dziećmi.

To też nie jest tak, że mam nianię na pełen etat, bo prawdę powiedziawszy to nie wiem czy w 2017 roku mieliśmy jakąś nianię. Chyba mieliśmy na trzy lub cztery tygodnie – wtedy, kiedy Michał pracował w Toskanii. Więc zasadniczo jesteśmy tylko my, w czwórkę.

Mówię Ci to po to, żebyś zobaczyła, że to wymaga kompromisów. Kiedy chcę popracować to jest to możliwe tylko dzięki temu, że Michał zgadza się na to, żeby zostać z Jagódką i z Kazikiem.

Moje nawyki związane ze zdrowiem

Jeśli chodzi o nawyki związane ze zdrowiem, które pomogły mi przejść przez ten rok z sukcesem, to jest ich kilka.

 

Minimum cukru

Pierwszy z nich to minimalna ilość cukru w diecie, a czasem nawet i jego brak. Gdy mówię o cukrze to mam na myśli cukier w każdej postaci. Nie tylko słodyczy, ale też cukier w postaci węglowodanów: chleba czy makaronów.

Nie było to rezultatem jakiegoś mojego noworocznego postanowienia, tylko prostego faktu, że w ciąży cierpiałam na cukrzycę ciążową. Najprawdopodobniej cukrzycę ciążową miałam już w pierwszej ciąży, ale wtedy byłam pod opieką lekarki, która zignorowała ten fakt.

Kiedy zaszłam w ciążę z Kazikiem to dosyć szybko okazało się, w 5 czy 6 miesiącu, że mam cukrzycę ciążową i muszę przejść na ścisłą dietę zarówno w ciąży, jak i po ciąży.

I właściwie na tej diecie jestem po dziś dzień, ponieważ do tej pory ten poziom cukru nie jest na tyle stabilny, żebym mogła sobie hulać z różnymi używkami tak, jak miałam w zwyczaju przez całe lata.

Ta dolegliwość sprawiła też, że zaczęłam się cofać w czasie i obserwować skąd w ogóle się wzięła ta cukrzyca ciążowa. I złożyłam wiele puzzli w jedną całość.

Przypomniało mi się, że moja babcia chorowała na cukrzycę przez ostatnie 20 lat swojego życia. Przypomniałam sobie o tym, że od zawsze lubiłam słodkie. Przypomniałam sobie niezliczone ilości lizaków.

Przypomniałam sobie jak zjadałam 3 Snickersy na studiach pod rząd wtedy, kiedy miałam bardzo trudny okres w życiu i myślę, że ratowałam się wtedy tym cukrem.

Przypomniałam sobie jak wiele sytuacji w moim życiu było związanych z jedzeniem słodyczy i balansowaniem Vaty poprzez cukier.

Wiesz, to jest o tyle istotne, że bardzo wiele moich klientek ma dokładnie ten sam problem. Próbują robić różne rzeczy, ale są uzależnione od cukru. Albo od cukru w postaci pączków czy drożdżek albo od cukru w wersji daktyle czy śliwki. Mają tego cukru za dużo we krwi, co prowadzi do pojawiania się różnych problemów w ich życiu.

Cukier w pierwszym momencie balansuje Vatę. Uspokaja ją i łagodzi. Jednak w dalszej kolejności sprawia, że jest jeszcze bardziej pobudzona. A przy okazji zaburza też Kaphę, dając podłoże pod różne dolegliwości związane z nadwagą, otyłością i nieprawidłowym trawieniem. Skutkuje też poczuciem zamulenia i braku motywacji.

Właściwie cały 2017 rok byłam na ścisłej diecie. Oczywiście, gdy byliśmy na wakacjach nad morzem to zdarzyło mi się zjeść gofra czy jakiegoś tam pączka w Tłusty Czwartek, ale zasadniczo tego cukru było z 1000 razy mniej niż w poprzednich latach.

To pierwsza rzecz, która niesamowicie popchnęła mnie do przodu. Nawet sobie nie zdawałam sprawy z tego, że wyeliminowanie cukrowych produktów w diecie może mieć takie kolosalne znaczenie.

Wszystko to w teorii i w praktyce na małą skalę przeszłam już nie raz w życiu, ale w zeszłym roku to  wpłynęło na mnie ze zdwojoną mocą.

 

Priorytetowy sen

Drugi nawyk jest związany z tym, że moim priorytetem w zeszłym roku był sen. Jagoda, moje pierwsze dziecko szło spać ok. 19:00. A ja wtedy wieczorami siedziałam i szyłam zamiast pójść spać i odpocząć.

Gdy Jagoda spała w ciągu dnia to czytałam jakieś mądre książki, bo nie chciałam mieć poczucia straty czasu. I kompletnie nie posłuchałam rady, żeby spać razem z dzieckiem.

W rezultacie wytrzymałam tak 6 miesięcy, a potem zaliczyłam konkretny krach. Czułam się naprawdę bardzo wyczerpana, zmęczona i nadwyrężona przez tę opiekę nad niemowlakiem.

Kiedy urodził się Kazik to postanowiłam, że tym razem będę mądrzejsza i będę spać wtedy, kiedy moje dziecko śpi. Pomimo tego, że miałam już wtedy drugie dziecko i to nie było takie łatwe pójść spać, gdy Kazik poszedł spać, ale postawiłam na swoim i spałam razem z Kazikiem.

Właściwie przez cztery pierwsze miesiące po urodzeniu Kazika, chodziłam około spać o 20:00. Często było tak, że brałam prysznic już około 17:00, bo wiedziałam, że padnę. Odpuściłam sobie zupełnie życie towarzyskie. Życie małżeńskie też. Rozwój hobby czy pasji kompletnie zszedł na drugi plan. Postawiłam na sen.

Przez cały zeszły rok sen i wysypianie się było moim priorytetem. I wiesz co się stało? Znowu zaczęłam się przyglądać swoim klientkom. Zaczęłam je bardziej wypytywać o to jak śpią. I okazało się znowu, że 8 na 10 moich klientek chodzi spać o 23ej lub 1szej w nocy.

To sprawia, że rano są niewyspane i zmęczone. Zaczynają od kawy, a później, około 11:00 mają zjazd. Po południu czują się jak wraki i wpadają w spiralę, która w gruncie rzeczy zaczyna się od tego, o której godzinie kładą się spać.

Moje doświadczenia ze snem sprawiły, że wyczuliłam się na pytanie ludzi o sen i odkryłam niesamowite rzeczy. I znowu, żebyś zobaczyła w szerszym kontekście: ja właściwie całe swoje życie chodzę spać relatywnie wcześnie.

To nie jest tak, że ja w zeszłym roku postanowiłam sobie, że zacznę chodzić spać wcześniej, a w poprzednich latach chodziłam spać w środku nocy.

Właściwie zawsze mój mąż się śmiał, że mam taką „godzinę zero”, która wypada około 22:00. I właściwie nieważne czy to jest koncert rockowy czy łapanie stopa czy to są urodziny czy Sylwester – o 22:00 chce mi się spać. I jak mogę to idę spać.

Ten nawyk dbania o sen, chodzenia do łóżka wtedy, kiedy jestem zmęczona, odpuszczania różnych rzeczy i minimalizowania tego, co się da, bardzo pozytywnie wpłynął na moją efektywność. I w gruncie rzeczy również na moje zdrowe i spełnione życie w zeszłym roku.

 

Regularne masaże

Kolejna rzecz, którą wprowadziłam to były regularne masaże.Regularne raz na 2-3 tygodnie umawiałam się masaże z zaprzyjaźnioną terapeutką.

Owszem, mój mąż zajmuje się masażami, ale korzystanie z masaży, które robi nie jest dla mnie takie proste. Kocham jego dotyk w innych sytuacjach, ale lepiej mi robią masaże, które wymagają ode mnie wyjścia z domu. I pójścia do kogoś, kto mnie nie zna. To kwestia pewnego rodzaju dynamiki pary. Myślę, że to częsty temat właśnie wtedy, kiedy małżeństwo pracuje razem.

Te regularne masaże jako sposób balansowania Vaty i zamykanie się na bodźce z zewnątrz to niesamowicie piękna praktyka, która bardzo dużo mi dała.

 

Czas w naturze

Kolejną rzecz, którą wprowadziłam w życie w zeszłym roku i nawykiem, który rzeczywiście trzymał wszystko w pionie, było spędzanie czasu w naturze.

Co to znaczyło dla mnie w zeszłym roku? W zeszłym roku średnio mogliśmy podróżować, więc właściwie większość czasu w naturze spędzałam na ogródku działkowym.

Kupiliśmy z Michałem 2 lata temu zaniedbany ogródek działkowy za bezcen w odległości 15 minut spacerem od naszego domu. Po ogromie pracy ze strony mojego męża można było w nim ściągnąć buty i pochodzić na bosaka.

I to właśnie na bosaka ładowałam baterie, w tym ogródku działkowym. Na ziemi, pod niebem, na kocyku. Uprawiając buraki, szałwię, kolendrę i inne drobne uprawy. To tam się regenerowałam, ponieważ nie po drodze było mi do parku, do lasu czy na jakieś dłuższe wycieczki. To w ten sposób natura była obecna w moim życiu w zeszłym roku.

Bywałam też w ogrodzie mojej sąsiadki, która ma dom z malutkim ogrodem. Umawiałam się z nią i przychodziłam tam na 2 godziny. Rozkładałam koc, ściągałam buty i na bosaka ładowałam się tą energią od Ziemi. 

Z dużą dbałością o eksponowanie się na słońce, niebo, wiatr. Z obserwacją tego wszystkiego, co się dzieje wokół mnie.

W dni, kiedy nie mogłam pójść na dłuższy relaks czy chillout, dbałam o to, żeby przynajmniej 15-20 minut pospacerować. Popatrzeć na niebo, na liście, patrzeć na drzewa.

Ta praktyka sprawiła, że bardzo dużo mówiłam o tym swoim klientkom. Jeśli jesteś moją klientką to pewnie słyszałaś jak mówię: Chodź na spacer przynajmniej 15 minut dziennie.

Być może wydaje Ci się to takie oczywiste, że wszyscy spacerują 15 minut dziennie. Jednak są takie osoby z którymi negocjuję, żeby wyszły na spacer chociaż raz w tygodniu.

Mam na myśli spacer, którego celem jest spacer, a nie w bieg na autobus czy wyjście do sklepu. Spacer po to, żeby nie rozmawiać przez telefon, sprawdzać Facebooka na komórce czy jeszcze nie wiadomo co, tylko wyjść i popatrzeć na niebo. To była  duża zmiana w moim życiu w zeszłym roku.

 

Medytacja z słuchawkami

Ponieważ nie mogłam sobie pozwolić na medytację na siedząco, bo od razu bym zasnęła i z dwójką dzieci trudno byłoby mi siedzieć bez ruchu i medytować, to wprowadziłam nawyk odsłuchiwania medytacji poprzez telefon na słuchawkach.

Korzystałam z Meditation Experiences prowadzonych przez Deepaka Choprę i Oprah Winfrey.

Usypiając Kazika, leżąc w łóżku, wkładałam sobie słuchawki do uszu i odsłuchiwałam medytacji. Czasem to była medytacja, a czasem relaksacja po której zapadłam w głęboki sen.

Dbałam o to, żeby ten aspekt był w moim życiu, żeby to się jakoś wydarzyło. Dopasowując się do sytuacji i kontekstu.

 

Wyjazdowa praktyka jogi

W zeszłym roku zależało mi też na tym, żeby pojechać na intensywną praktykę jogi i medytacji, bo na co dzień było z tym bardzo kiepsko. Przy dwójce dzieci i pracą było mi bardzo trudno z utrzymaniem regularności w praktyce jogi.

Dążyłam do tego, żebyśmy mogli pojechać całą rodziną na kurs jogi, który się odbywa co roku nad Bałtykiem, nad polskim morzem. I rzeczywiście nam się to udało. Pojechaliśmy na cały tydzień.

Dzieliliśmy się w taki sposób, że Michał był na porannej medytacji od 6 rano i porannej jodze. Potem jakiś czas spędzaliśmy razem i na popołudniowy set szłam ja, dzięki czemu mogłam poćwiczyć jogę, i pranajamę, i relaksację, i być na wieczornym satsangu, czyli na medytacji, na śpiewaniu mantr.

To pomogło mi rozwinąć się bardziej duchowo i spojrzeć na swoje życie z takiej szerszej perspektywy.

Więc pomimo tego, że na co dzień miałam tej praktyki jogi stosunkowo niewiele, to bardzo dużo miałam jej w takiej pigułce. W wyjeździe, który był po to, żeby się wzmocnić, odżywić i  wprowadzić więcej sattwy w życiu.

 

Zmiany w diecie

Zeszły rok jest dla mnie okresem pod znakiem trzech posiłków dziennie. Ma to związek też z moją dietą, która stała się trochę bardziej restrykcyjna ze względu na tą cukrzycę ciążową.

Moje śniadania w zeszłym roku przez większość czasu były śniadaniami białkowymi. Koniec z kaszami jaglanymi z rodzynkami, które coś zaburzały bardzo poziom cukru we krwi. Powodowały duży wyrzut, a potem zjazd.

Zamiast tego postawiłam na śniadania białkowe: komosę ryżową, jajka, czasem jakaś wędlina czy parówka lub fasolki. Jadłam je z reguły około ósmej lub dziewiątej rano.

Potem był czas na obiad, o który dbał mój mąż. Jedliśmy go około 13.00 lub 14.00. Najczęściej były nim fasolki, czyli źródło błonnika i białka. To spora stabilizacja poziomu cukru we krwi, która sprawiała, że czułam się nasycona przez parę godzin. Najczęściej fasolki jedliśmy w połączeniu z warzywami, ryżem i kaszą.

Na sam koniec dnia jedliśmy lekką kolację w okolicach 19.00. Dużo zup i rosołów w zimnych porach roku.

Cała dieta cała w zeszłym roku to była dieta „mniej znaczy więcej” czyli typowa dieta balansująca Kaphę. Wcześniej moja dieta była bardziej dietą dla Pitty, złożoną z trzech posiłków i dwóch przekąsek.

Bardzo dobrze się czułam z tą zmianą i dalej jestem w takim rytmie. To mi służy.

Moje nawyki związane z pracą

Teraz powiem Ci trochę o moich nawykach związanych z pracą i o tym, jak pomogły mi w osiąganiu założonych przeze mnie celów.

 

Praca w blokach tematycznych

To, co się zmieniło w zeszłym roku to to, że zaczęłam pracować blokami. Grupowałam sobie pewne czynności w bloki tematyczne.

Zdecydowałam o tym, że na konsultacje indywidualne z klientami będę się umawiać raz w tygodniu. Jeśli próbowałaś się umówić ze mną na konsultację to wiesz, że trzeba długo czekać.

Piątek jest tym dniem, w którym spotykam się z klientami, ponieważ te spotkania są dla mnie niesamowicie angażujące. I czasowo, i emocjonalnie, i poznawczo.

Właściwie przez pozostałe cztery dni w tygodniu pracuje inaczej. Pracuję z grupami, z kursami.

A jeden dzień w tygodniu prowadzę indywidualne konsultacje dla nowych klientów. To była bardzo ważna decyzja, która bardzo dużo mi dała.

Trochę się obawiałam, że będę tracić klientów, którzy nie zechcą czekać. Zniechęcą się, będą niezadowoleni. Bałam się, że będą też próbować wymusić na mnie, żeby się spotykać o innych godzinach.

Postawiłam sprawę jasno, że jest to jeden dzień i ustaliłam też godziny, w których się spotykam. Przestałam się też zgadzać na konsultacje, które odbywają się późno. Najpóźniej konsultacja u mnie zaczyna się o 17:15, wyjątkowo 17:30. Najwcześniej, jeśli jest taka potrzeba to o 7:00 rano, co w przypadku mam, które mają małe dzieci, to się czasem sprawdza.

Trzymam się tych godzin i dbam o swój komfort. Dbam o swoje siły fizyczne i psychiczne, bo jeśli mam służyć innym ludziom, to sama muszę być w dobrej formie.

 

Nowy gabinet

Od października pracuję w gabinecie i mam tutaj ten komfort, że jestem tutaj sama. Nikt mi tu nie przeszkadza.

Wcześniej mieliśmy gabinet połączony z mieszkaniem. Było to dwupoziomowe mieszkanie, w którym gabinet znajdował się na drugim poziomie. Na pierwszym poziomie było nasze mieszkanie. Kończyłam pracę, schodziłam na dół i od razu widziałam pralkę, zmywarkę, porozrzucane zabawki…

Teraz spokojnie wychodzę z gabinetu, przechodzę 10-15 min  i mam moment “resetu” pomiędzy pracą a domem, który jest niesłychanie ważny. Dzięki temu w pracy jestem bardziej efektywna i skuteczna.

Opowiem Ci jako ciekawostkę, że przez 3 miesiące w zeszłym roku nie mieliśmy gabinetu. Mieliśmy jeszcze mniejsze mieszkanie i zgodnie z zasadą „Rób to co możesz z tym co masz” pracowałam tam, gdzie mogłam.

Zdarzało mi się robić konsultacje z samochodu. Na szczęście mam piękny, przestronny i wygodny samochód. Oczywiście sesji osobistych nie prowadziłam w samochodzie, chociaż w momencie, gdy odbywają się one przez Skype to tak naprawdę nie ma to znaczenia dla mojego klienta.

Jeśli mam dobry zasięg, widać mnie  i słychać, jestem w pełni skupiona na kliencie, to jakie to ma znaczenie czy siedzę w gabinecie czy siedzę w samochodzie?

Tak do tego podeszłam i dzięki temu nie czułam się zażenowana czy skrępowana. Pomyślałam sobie: Uczę tego ludzi, żeby robili to, co mogą, z tym, co mają, więc i ja zrobię to, co mogę.

Mogę wziąć komputer, usiąść na siedzeniu pasażera i przeprowadzić sesję z samochodu, zamiast zawieszać sesję na 3 lub 4 miesiące i nie pracować indywidualnie z ludźmi, kiedy wiem, że jest na to zapotrzebowanie.

 

Minimalizowanie

Myślę, że jedną z największych zmian, które zaczęły się dziać w moim życiu jeszcze w 2016 roku, była bardzo pogłębiona zmiana w stronę upraszczania i minimalizowania.

To kolejny temat z którym przychodzi masa klientów. Nie przychodzą uczyć się ode mnie minimalizmu, ale cenią to, że dążę do prostych rozwiązań.

W 2016 roku w grudniu przeczytałam kilka książek o minimalizowaniu takich jak: „Prostota”, „Esencjonalista”, „Chcieć mniej” i „Jedna rzecz”.

Te cztery książki rzuciły podwaliny pod wszystkie sfery mojego życia. Po co Ci to mówię? Bo upraszczanie w każdej kategorii życia jest niesłychanie ważne i właściwie rezonuje ze wszystkim: z pracą, ze zdrowiem, z relacjami osobistymi.

Jeśli mam mniej rzeczy w domu, to mniej czasu spędzam na układaniu tych rzeczy.

Jeśli jem prościej to nie spędzam tyle czasu na zakupach i bieganiu po sklepach.

Jeśli mam mniej ubrań, które są ładniej dopasowane fasonem i kolorem, to też nie tracę czasu rano zastanawiając się w co mam się ubrać.

Mogłabym Ci bez końca mnożyć przykłady tego, na ile upraszczanie życia sprawiło, że zwolniły mi się zasoby na konkretną, piękną  pracę z Ajurwedą.

Upraszczanie w naszym domu to wygląda tak, że nasze dzieci mają dwie szuflady z zabawkami. Regularnie je porządkujemy, część podaję dalej. Te dwie szuflady moje dzieci potrafią rozwalić po całym mieszkaniu w 15 minut, ale moje zbieranie tych zabawek z nimi czy bez nich również trwa 5 czy 10 minut. Nie sprzątam pół godziny tego całego bałaganu, bo jest tego po prostu mało.

Ubrań mam chyba najmniej w całym swoim życiu, a lubię ładnie ubrania, fasony i ładne kolory. Teraz moja szafa jest do mnie bardziej dopasowana. Nie ma w niej czarnych czy granatowych rzeczy. Są tam rzeczy, które mnie odzwierciedlają, np. piękny turkus lub róż.

Jeśli chodzi o upraszczanie zakupów to mamy dostawcę, który przywozi nam do domu raz lub dwa razy w tygodniu. Właściwie większość zakupów takich sypkich robię przez Internet.

Mąż robi zakupy w warzywniaku raz w tygodniu. Dodatkowo polegamy tutaj na chlebie z domowej piekarni i czasem na jakiś dodatkach z supermarketu obok. To rozwiązuje temat zakupów, biegania, jeżdżenia, załatwiania i tych wszystkich wypraw, które trwają po kilka godzin w tygodniu i tak naprawdę nic nie wnoszą.

Jak widzisz, na wielu polach w swoim życiu wprowadziłam zasadę minimalizmu. Nie w teorii, tylko w praktyce. To sprawiło, że naprawdę zwolniły mi się zasoby i starczyło mi ich na inne rzeczy.

 

Telefon w odstawkę

Bardzo poważną zmianę wprowadziłam pod koniec zeszłego roku po rozmowie z moim mężem. Michał się pozbył iPhone, bo stwierdził, że poświęca mu zbyt dużo czasu. Podjął tę decyzję po tym jak zaczął obserwować jak ludzie intensywnie korzystają ze smartfonów.

Czasem chodzimy na śniadania do zaprzyjaźnionej kawiarenki. Tam ósma rano zawsze wygląda tak, że wszyscy czekając na śniadanie siedzą ze smartfonami. Każdy siedzi wlepiony w swój ekran.

Prowadząc kursy online też miałabym wymówkę, żeby tak właśnie rozgrywać te sytuację. Cały czas mogę siedzieć i sprawdzać ile osób polubiło mój post na Facebooku, czy mail dotyczący czegoś dotarł, czy link działa itd. To sprawiłoby, że w pewnym momencie poświęcałabym czasu na sprawdzanie rzeczy w telefonie przy okazji, np. bawiąc się z dziećmi.

W którymś momencie stwierdziłam, że tego jest za dużo. Że to sprawia, że nie jestem uważna. Że nie jestem obecna, ani sama ze sobą, ani z Michałem, ani z dziećmi. A przede wszystkim, że to sprawia, że nie mam takiej przestrzeni w głowie i czasu, podczas którego o niczym nie myślę i nic nie robię.

Poczułam, że to sprawia, mówiąc językiem Ajurwedy, że moja prana, czyli moja siła życiowa się rozprasza.

I tak też postanowiłam w zeszłym roku nie korzystać z Facebooku i maila na telefonie. Oczywiście, są jakieś wyjątki oczywiście od tej reguły kiedy potrzebuję sprawdzić sobie coś, co jest mi potrzebne na teraz w jakimś miejscu, np. stan konta czy dojazd. Jednak na co dzień uprościłam tę kwestię, zminimalizowałam ją i czuję się dużo bardziej obecna, uważna i wypoczęta.

Zanim powiesz, że problem nadmiernego korzystania z internetu Cię nie dotyczy to zrób sobie tydzień obserwacji na zasadzie eksperymentu: przestań korzystać z Faceboka i maila przez telefon.

Zobacz czy będzie Ci tego brakować. Ja się łapałam na tym, że gdy samochód stawał na światłach, wyciągałam telefon i chciałam coś sprawdzić, bo miałam tę minutę albo i dwie, a nie chciało mi się czekać i patrzyć na sygnalizator świetlny.

Obserwując jak to działa w moim życiu, zaczęłam rozmawiać na ten temat z klientkami. I okazało się, że w ogóle chyba 7 na 10 klientek zasypia z telefonem w ręku lub z telefonem obok głowy. Że ostatnie, co widzą przed zaśnięciem to niebieską stronę na Facebooku. 

 

Pierwszy długoterminowy coaching

W zeszłym roku po raz pierwszy skorzystałam z długotrwałej pomocy coacha. Od zeszłego roku jest nim Małgorzata Żukowska. Jej program nazywa się „Prosperuj jako coach” i specjalizuje się w układaniu biznesu coachingowego tak, żeby współgrał z coachem, ale też przynosił realne dochody.

U mnie ten biznes wygląda nieco inaczej, bo nie chcę pracować z ludźmi 1 na 1. To nie jest moja podstawowa forma pracy.

Od momentu, gdy jestem w coachingu z Małgorzatą Żukowską zadaję sobie pytanie “Czemu tego nie zrobiłam wcześniej?” To dzięki temu procesowi miały miejsce dwa przełomowe kursy: „Psychologia ajurwedyjska” i „Zdrowa tarczyca”.

Ubiegły rok był dla mnie najtrudniejszym rokiem finansowym w ciągu ostatnich 10 lat. Dlaczego? Dlatego, że mieliśmy tam różne problemy z ZUSem, które zaowocowały tym, że nie tylko nie dostałam zasiłku chorobowego będąc w ciąży. Zasiłek macierzyński też dostałam w najmniejszym wymiarze 1300 zł miesięcznie.

Mieliśmy zobowiązania, które podjęliśmy myśląc o tym, że będziemy mieć wysoki ZUS i mając nadzieję, że będziemy mieć takie dochody jak wtedy, gdy byłam z Jagódką w ciąży.

To był też jednocześnie rok, w którym najwięcej inwestowałam i w biznes, i w pomoc różnych ludzi. To przynosiło niesamowite efekty i umożliwiało niesamowite sukcesy. Zwracało tę inwestycję z nawiązką. Czasem, gdy ludzie słuchają mojej opowieści, mówią „Wiesz, bo coach bierze 150 czy 200 zł za godzinę. Jak Cię na to stać?”

No kochana, jeśli ja na swój coaching wydawałam 800 zł w miesiącu, ale w rezultacie tego coachingu zrobiłam to wszystko, o czym Ci mówiłam, czyli cztery kursy online, pełno webinarów i miałam odwagę, żeby zaproponować to ludziom to zarobiłam na tym dużo, dużo więcej pieniędzy niż w to włożyłam.

Przekonałam się też po raz kolejny, że jeśli chcę osiągać sukces jako osoba, która pomaga to muszę też pomagać ludziom, którzy też robią podobną pracę do mnie. Tzn. podsyłać im klientów i jednocześnie być ich klientką. Mnożyć tą obfitość.

Bo to jest tak, jak z miłością. To jest jedyne co się pomnaża, kiedy się dzielisz. Kiedy dzielisz się miłością, to jest jej więcej. Tak to zrozumiałam i tak rozgrywałam cały swój zeszły rok, podejmując czasem dosyć ryzykowne decyzje, ale za każdym razem opłaciło mi się to z nawiązką.

 

Zawsze możesz liczyć na pomoc

Prowadzenie biznesu wymaga ode mnie odwagi, czyli działania pomimo lęku, bo nikt nie da mi gwarancji, że to wypali. Wymaga to też pozwolenia na to, żeby życie zweryfikowało i powiedziało czy to, co robię, ma sens czy nie. Ze swojego doświadczenia wiem, że zawsze można liczyć na pomoc.

To, co robiłam w zeszłym roku to otaczanie się ludźmi, którzy mnie wspierają. Podzieliłam ich na dwie grupy.

Pierwszą grupą byli moi klienci albo potencjalni klienci, czyli ludzie dla których pracuję. To ich pytałam o zdanie. Słuchałam czego potrzebują, co myślą, co im mogę dać. Jak ich pytałam? Poprzez ankiety. Układając pytania w ankietach zastanawiałam się jakich odpowiedzi potrzebuję i czego chcę się dowiedzieć.

Rozmawiałam z osobami, które są moją grupą docelową, a nie z ludźmi, którzy nie mają pojęcia czym jest Ajurweda. To, że w ogóle ktoś nigdy nie słyszał o Ajurwedzie i uważa ją za średniowieczny zabobon, to tylko przejaw jego ignorancji. Nie ma potrzeby zachwalania Ajurwedy. Ajurweda zachwala się sama.

Druga grupa to moi krewni, znajomi i przyjaciele. Na ich czele stoi mój mąż, który ma duże zasługi w kontekście zaistnienia sukcesu Agni Ajurweda. To ci wszyscy ludzie, którzy są do mnie dobrze nastawieni, pozytywni i wspierający, nawet jeśli nie mają pojęcia na czym polega moja praca.

To było dla mnie bardzo piękne i osobiste, że w zeszłym roku po raz pierwszy moja rodzina zwróciła się do mnie z prośbą o pomoc. Najpierw zwróciła się do mnie moja ciocia, przez lata sceptyczna wobec tego co robiłam.

Zwrócił się też z prośbą o pomoc mój brat, a potem moja młodsza siostra, która dzięki Ajurwedzie wyszła z ciężkiej choroby i zaszła w ciążę. Moja starsza siostra też powoli zaczyna zwracać się w stronę Ajurwedy. To wszystko zadziało się poprzez dopiero teraz, a Ajurwedą zawodowo zajmujemy się  już 4 rok, a w formie pasji to już 10 rok.

I teraz dopiero moja rodzina przychodzi z pytaniami dotyczącymi ziół, zaleceń, terapii itd. Także jeśli masz tak, że Twoja rodzina nie chce podążać za tym i zastanawiasz się czemu Twój mąż w ogóle nie może patrzeć na kicheri, no to witaj w klubie.

Ja mam o tyle inaczej, że mój mąż akurat lubi kicheri. Ale moja dalsza rodzina dopiero teraz, po tylu latach przyszła i uznała, że to musi być coś fajnego ta Ajurweda i że może nawet mogą z tego skorzystać.

 

Od kogo się uczyłam biznesu online?

Przede wszystkim moim nauczycielem był Derek Halpern. Kupiłam jego kurs o tworzeniu stron lądowania.

Drugim kursem, w który zainwestowałam był kurs Marie Forleo dotyczący tworzenia biznesu online. To drogie, duże kursy, które dla odmiany przeszłam praktycznie.

Przestałam gromadzić i zapychać sobie głowę, tylko działałam zgodnie, z cytatem moich mistrzów jogi: „Gram praktyki jest lepszy niż tona teorii.” Dlaczego to dla mnie takie ważne? Dlatego, że mam sporo klientek, które mówią:

Tak, tak ja znam Ajurwedę. Ja już w ogóle tę teorię znam i to już czytałam i to już wiem. Jestem Vatą- Kaphą albo czymś tam jeszcze.

A potem dowiaduję się, że chodzą spać o 24:00, przepracowują się, piją kawę, zajadają cukier, nie ćwiczą, nie relaksują się, nie spacerują itd.

Ajurweda nie istnieje, jeśli nie jest praktykowana. Albo jest praktyką albo jej nie ma. Jak mówią Chińczycy: „Wiedzieć coś i nie robić tego, to nie wiedzieć”.

We wszystkich swoich kursach cały czas kładę nacisk na praktykę. Jeśli się wymądrzam, jeśli mówię o teorii to tylko po to, żeby wynikała z niej praktyka. Małe konkretne kroki, które możesz wcielić w życie, żeby poczuć czy to zadziała.

Ajurweda jest oparta na obserwacji i na doświadczeniu, dlatego zawsze zachęcam: doświadczaj, eksperymentuj, rób i przekonaj się czy te 5 tysięcy lat tradycji rzeczywiście to działa i dlatego to robimy dalej.

 

Odwyk od perfekcjonizmu

W którymś momencie odpuściłam perfekcjonizm. Wcześniej, gdy robiłam kurs online to nagrywałam pięknie przygotowany tekst. A w tym roku w którymś momencie stwierdziłam, że po prostu usiądę i przekażę wiedzę, która będzie ze mnie płynąć.

Po to, żeby przekazać ją w taki sposób w jaki Ajurweda była tradycyjnie uczona, w systemie guru-kula, czyli w systemie nauczyciel- uczeń.

Co ciekawe, nikt nie zauważył tej zmiany.

Dla mnie to było ogromne odpuszczenie sobie swojego perfekcjonizmu.

Pilnowania każdej kropki, przecinka, dopieszczania, upewniania się, że wszystko jest tak, jak ma być, że nie będzie zająknięć, przestojów i myślników.

Godzenia się na to, że będzie czasem ktoś może skrytykować, że dla kogoś będę zbyt rozwlekła, że może coś by można powiedzieć krócej albo się powtarzam.

Zgodziłam się na to, ponieważ za długo w moim życiu trzymał mnie w szachu mój perfekcjonizm. Moja Pitta, która sprawdzała 500 razy, żeby przypadkiem się ktoś nie przyczepił. Dlaczego? Bo moja Pitta chroniła moją wrażliwą Vatę, która bardzo nie lubi krytyki. Więc Pitta po prostu tak ją tutaj pilnowała: „Musi być idealnie, musisz być idealna, musisz być nieskazitelna, żeby nikt nie mógł się przyczepić.”

Tym razem odpuściłam. Postawiłam na odwagę bycia sobą pomimo lęku.

 

Rekomendacje od klientów

To, do czego przywiązywałam w zeszłym roku ogromną uwagę to rekomendacje od  klientów. Każdego, z kim pracowałam dłużej indywidualnie lub w kursie prosiłam o to, żeby podsumował nasze doświadczenia.

W ten sposób zebrałam w trakcie całego roku kolekcję około 30-35 rekomendacji od realnych, konkretnych osób z ich efektami.

Oczywiście na stronach sprzedażowych publikuję jedynie pozytywne aspekty rekomendacji. Negatywnych, które się pojawiają nie publikuję, ale uwierz mi biorę je sobie do serca. Dzięki nim wiem jak mogę zmienić kurs i moją pracę tak, żeby spełniła oczekiwania i odpowiedziała na potrzeby klienta.

 

Jakie mam plany na rok 2018?

W 2018 będzie się działo dużo. Pierwszym wydarzeniem, które będzie miało w nim miejsce jest wyjazd „Joga w Himalajach”.

W jego ramach można pojechać na jogę albo na jogę i Panchakarmę albo tylko na Panchakarmę, tak jak pojadę ja. W ramach wyjazdu odwiedzimy fantastyczne miejsce na północy Indii – Dharamsalę, która jest też  szczególnie bliska mojemu sercu dlatego, że jest siedzibą Dalajlamy.

W sierpniu będziemy cały miesiąc na Podlasiu i będziemy tam robić trzy wyjazdy.

Pierwszy wyjazd to Panchakarma, która potrwa 11 dni.

Później „Oczyszczanie z Ajurwedą”, czyli wyjazd praktyczny oparty na kursie „Oczyszczanie z Ajurwedą”. Pomysł zrodził się w zeszłym roku wśród uczestników, żeby zrobić to na żywo, razem.

A trzeci wyjazd to wyjazd „Odchudzanie z Ajurwedą” również praktycznie przejście kursu „Odchudzanie z Ajurwedą”, który odbył się w zeszłym roku.

A jeśli ten termin pasuje Ci czy Ci nie pasuje to jest jeszcze jedna możliwość wyjazdowa w tym roku i będzie to wyjazd z jogą i Ajurwedą do Toskanii w październiku.

Po sezonie, więc będziemy mieć trochę niższe ceny w tamtym miejscu, w którym się zatrzymamy. Praktyka jogi w przepięknym, malowniczym miejscu. Byliśmy tam już trzykrotnie z majówką, a teraz wracamy z jesieniówką.

Jeśli chodzi o kursy online to oczywiście w styczniu będzie kolejna edycja kursu „Psychologia ajurwedyjska”. Kurs „Oczyszczanie z Ajurwedą” odbędzie się zarówno na wiosnę i  na jesień. Odbędzie się też kurs „Zdrowa tarczyca z Ajurwedą” – druga edycja, najprawdopodobniej w maju.

Planuję też ostatni kurs stacjonarny „Wprowadzenie do Ajurwedy”, który odbędzie się we Wrocławiu. Zacznie się w lutym.

A wisienką na torcie będzie roczny program „Rok z Ajurwedą”, który jest przepięknym programem, zainspirowanym przez uczestników grupy Rok z Ajurwedą. Na cześć tej grupy tak nazwałam też ten kurs.

Na sam koniec chciałabym Wam jeszcze powiedzieć, że podjęliśmy ważną życiową decyzję z Michałem: wyprowadzamy się z Wrocławia z końcem maja.

Wszystkich, którzy chcą się z nami spotkać i chcą z nas skorzystać: z jogi, z masaży, z indywidualnej konsultacji tu, na miejscu, we Wrocławiu, zapraszam do końca maja.

Potem będziemy trochę w podróży, a na jesień osiedlimy się w nowym miejscu, dalej w Polsce, nieco bardziej na północ.

Wszystkiego dobrego na 2018 rok.

Życzę Ci wytrwałości, wiary, wdzięczności za to, co jest i przede wszystkim tego, co powtarzam bez końca:

Rób to, co możesz, z tym, co masz.

Cokolwiek to dla Ciebie oznacza.


Chcesz poczytać o tym, jak wyglądały moje plany na rok 2017 zanim się jeszcze zaczął? Zerknij do artykułu Rok nowych początków

Życzenia w sanskrycie wyśpiewane przez Tinę Turner, specjalnie dla Ciebie. Znajdziesz je we wpisie Noworoczne życzenia