Rozmowa z Anną Choińską

Maria (M): Witam Cię Aniu bardzo serdecznie!

Anna (A): Dzień dobry!

M: Cieszę się bardzo, że to spotkanie się wydarza i że przyjęłaś zaproszenie do tej społeczności, bo chyba tak to najładniej można powiedzieć.

Na sam początek chciałabym Cię prosić o to, żebyś powiedziała parę słów o sobie dla tych, którzy widzą Cię po raz pierwszy.

A: Nazywam Ania Choińska i tym, którzy mnie widzą po raz pierwszy chciałabym powiedzieć, że to dla mnie wielki zaszczyt. A tym, którzy już mnie znają – że to jest ogromny zaszczyt.

Z Marysią znamy się absolutnie nie od wczoraj. Czekałyśmy trochę na to spotkanie i w końcu udało nam się je zorganizować. Fascynuje mnie pasja, Marysiu wiesz co to jest pasja?

M: Tak, wiem.

A: W moim świecie, w którym pracuję, pasja to najpiękniejsze „Tak” dla Mamy i Taty oraz „Dziękuję za życie”. I o tym, zdaje się, będziemy dzisiaj rozmawiać.

M: Ale pięknie to powiedziałaś, aż chyba zaraz będę płakać…

A: Nie ma sprawy, moja firma łzy oczyszczające daje w gratisie.

To, co każdy z nas robi, wchodząc w pasję, jest najpiękniejszym, największym i najwyższym hołdem dla rodziców za życie. Hołdem dla czegoś większego, co nas tutaj sprowadza.

Na co dzień zajmuję się pracą tzw. systemową, ustawieniową. Przyglądam się temu, co stało się wokół rodziny, co wydarzyło się w jej historii i co wpływa na nas dzisiaj. Co sprawia, że jestem w takim, a nie innym punkcie, co nie daje mi iść do przodu i co mnie zatrzymuje.

To, w czym jestem bardzo mocno zakorzeniona i to, czym się zajmuję to pojednanie z rodzicami. Prowadzę Instytut na Rzecz Pojednania z Rodzicami. Bardzo głęboko, w sercu, jestem połączona z każdym dorosłym dzieckiem, które woła: Mamo! Tato! Ja chcę do domu!

 

Każdy jest czyimś dzieckiem

M: Dzięki. Pamiętam zdanie, które kiedyś powiedziałaś: Każdy jest czyimś dzieckiem.

A: Tak.

M: To było jedno z tych zdań, które usłyszałam i wiedziałam, że to coś ważnego, ale jeszcze nie do końca rozumiałam o co w tym chodzi. I rzeczywiście, pracując z klientami widzę, że każdy z nich jest czyimś dzieckiem. Nie każdy z nich jest Mamą czy Tatą, ale każdy jest dzieckiem i niesie ze sobą życie od Mamy i od Taty. Poświęciłam też temu tematowi fragment w kursie „Psychologia ajurwedyjska”.

A: Dokładnie tak. Często pokazuję ludziom na warsztatach pojednianiowych, że każdy jest czyimś dzieckiem, co oznacza, że jesteśmy w stanie to w sobie zintegrować.

A potem okazuje się, że skoro każdy jest czyimś dzieckiem, to moja Mama i mój Tata też. I, oczywiście, mój partner czy partnerka też. Tu dopiero zaczyna się zupełnie inny poziom postrzegania. To moment, gdy wchodzimy na kolejny poziom pracy nad sobą.

Czasami mówię żartobliwe: Ten szef, który Ci tak dopiekł ostatnio w pracy też jest czyimś dzieckiem. I ta pani, na którą się tak złościsz za ladą, że taka jest powolna, ona też.

Z tego wynika też drugie ważne zdanie: Wszystko jest historią jakiejś miłości. W nawiasie można byłoby dodać: Historią miłości właśnie tego dziecka, rodziców czy historii rodziny, z której przychodzą.

Pojawia się tu potrzeba ogromnej pokory i popatrzenia na miłość troszkę inaczej, ze wszystkimi jej obliczami. To, co kieruje ludźmi to tylko i jedynie miłość.

Tylko dobrze byłoby wiedzieć czy to jest ta miłość, która prowadzi do przodu, do życia, ku więcej? Czy może to jest ta miłość, która każe mi iść wstecz, utykać, cierpieć i płakać czyli ta, która wywołuje emocje zatrzymujące?

M: Ku więcej…

A: Tak, w systemie ustawieniowym mamy takie wyrażenie: „Ku więcej.” To słowa Berta Hellingera: „Ku więcej, dalej, szerzej…”

M: I to jest właśnie powód, dla którego jesteś tutaj dzisiaj.

Gdy przychodzi do mnie klientka, do gabinetu, często myśli sobie: Jestem gotowa na to, żeby zrobić ze sobą porządek. Z tym co jem, jak śpię, jakie zioła zażywam. Marysiu, pokaż mi Ajurwedę i ja to zrobię.

W ramach kursu Psychologia ajurwedyjska, w lekcji dotyczącej tego, jak dosze rozwijają się w ciągu życia, próbuję pokazać jedną ważną rzecz. To piękne, że jestem, ale jestem przede wszystkim częścią Mamy i Taty, a także częścią tych wszystkich ludzi, którzy byli przed nimi. Więc moja praca i droga ku zdrowiu musi obejmować również i tych, którzy byli przede mną.

 

Dziękuję za ten kubek herbaty

A: Absolutnie tak. Nie jesteś znikąd, co oznacza, że nigdy nie jesteś sama. Nigdy do donikąd nie idziesz samotnie. Idziesz z Mamą i Tatą.

To Ty wybierasz. Liczy się to, co zapakujesz do walizeczki z pamiątkami, wychodząc z domu do życia. To Ty decydujesz symbolem Twojego: W porządku Mamo, w porządku Tato – tak było. A było różnie. Chwycę się tego, co od was dostałam. Nawet jeśli to był tylko kubek herbaty. Chwycę się smaku tej herbaty i zabiorę ją ze sobą. Czasami usiądę i powiem: Dziękuję.

Tego uczę i to pokazuję – najdrobniejsze gesty człowieczeństwa. Dlatego, że to człowieczeństwo dostrzegane w tych najdrobniejszych elementach pozwala nam uważniej popatrzeć na siebie jak na człowieka. Czy to w zdrowiu, czy w emocjach. To dostrzeżenie: Tak, jesteś z tej rodziny, z tego domu, z tej drogi, z tej historii miłości. Dokładnie tym dzieckiem, tych dorosłych dzieci.

Co to jeszcze oznacza? Kiedy uczę się tego najpierw przy Mamie i Tacie to każdy człowiek, który staje w moich drzwiach jest zobowiązaniem serca przed matką i ojcem, którzy wydali go na świat. To zmienia kompletnie mój sposób pracy. To znaczy, że ja, która przychodzę od tej dwójki,przyglądam się mojemu zdrowiu, ciału i temu, co się ze mną dzieje i mówię: Tak, ja pójdę dalej, jeśli Wam nie było dane.

Często, gdy moi klienci  mierzą się z tym wszystkim to nagle mają takie poczucie, że to oni muszą się tym wszystkim zająć. Wtedy mówię:

Ty przychodzisz jako rzecznik tej rodziny. Twoja praca ze sobą, z tą miłością w Tobie przyniesie uzdrowienie. Nieważne czy Mama żyje i czy o tym wie. Rodzina i tak odniesie korzyści, a Ty masz ten przywilej, a zarazem i obowiązek, żeby zrobić coś pięknego z tym życiem.

Inaczej mówiąc: bierz odpowiedzialność na miarę Twoich ludzkich decyzji. Na tu i teraz. Popatrz co jest dla Ciebie możliwe.

Mam takie pytanie, które lubię zadawać na moich warsztatach: „Weź kartkę i napisz na niej co uzależniłaś w swoim życiu od Mamy i Taty?”

W pierwszej chwili niektóre osoby w ogóle nie wiedzą co z tym zrobić. Po chwili nagle zaczynają się otwierać w nich niesamowite przestrzenie. To często klasyki takie jak:

Jak mój Tata nie przestanie pić, to ja nigdy nie…

A jak moja Mama nigdy nie powiedziała mi, że mnie kocha, to ja już nie będę szczęśliwa…

To przestrzeń, której musimy i potrzebujemy dotknąć, bo inaczej przykryjemy rany i będziemy się topić w środku. Czasami to, co robimy na sesjach, bardzo boli i się płacze. To ciężka praca. Dotykamy tego, ze strony małej perspektywy i stajemy do tego z tu i teraz. Z tym wszystkim kim jesteśmy.

Tak, jak to mówi Bert Hellinger, stajesz tu i teraz i mówisz: Moja służba dokonana Mamo, Tato. Choćbym miała tylko wyjść stąd ze smakiem herbaty z cytryną, którą od Was dostałam, przyjmuję.

Mówię wreszcie o tym, co mnie bolało. Ja to nazywam „powiedziane – odczarowane”. To znaczy, że to, co powiesz już w Tobie nie funkcjonuje. Zostaje nazwane w bezpiecznych warunkach.

Równocześnie ja jako kobieta, matka i żona, mając 42 lata staję w tym doświadczeniu, w którym jestem i nagle zauważam: Wow, to może jestem dokładnie taka sama jak moja Mama? Może ja dokładnie tam skąd chciał uciec mój Tata?

M: Słuchając Cię, zastanawiam się, na którym zdaniu chciałabym się zatrzymać i chyba zaczęłabym od herbaty z cytryną. Bardzo często moi klienci mówią: No dobrze, to już wiem, że ta Mama i ten Tata, ta odpowiedzialność. Imam coś z tym zrobić, ale jaki jest mój pierwszy krok? Co mogę zrobić najpierw? 

A: Tak, herbata z cytryną to symbol. To może być cokolwiek, co pochodzi z Twojego domu. Każdy ma coś, co sprawia, że może powiedzieć: Dziękuję za to, co było.
Jest jeszcze jedna rzecz, która jest zawsze bardzo poruszająca. W miejscu, w którym jesteś, zamknij oczy, popatrz na Mamę i Tatę i powiedz:

Mamo, Tato… jeśli wszystko, co mogliście mi dać, to moje życie – to to wystarczy.

Resztę zrobię sama.

Jeśli o mnie chodzi – jesteście wolni.

Poddanie się jest ostatnią granicą do wolności. To nie jest metoda, w której udajemy, że czegoś nie było. Najpierw dotykasz wszystkiego tego, co bolało. Potem otwierasz wszystko, co dobre w najdrobniejszych gestach. Kolekcjonujesz je jak album z pamiątkami, do którego zawsze możesz wrócić.

Nigdy nie obiecuję, że w rodzicach nastąpi zmiana poprzez naszą zmianę. Ona nie jest częsta, ale jest możliwa. Gdy chcesz leczyć rodziców, to się napracujesz i namęczysz. Ale gdy chcesz uzdrowić to, co z Mamy i Taty w Tobie to jest łatwiej, bo masz na to wpływ. Widzisz różnicę?

Znam taką historię, gdzie klientka po warsztacie wróciła do domu roztrzęsiona krzycząc: Kocham Cię mamo! I nie wszyscy byli na to przygotowani. Mama trzymała ją w ramionach, cała się trzęsąc, a ojciec chodził dookoła i mówił: Zgwałcili ją pewnie, okradli, pewnie coś się stało…

Oni też muszą być przygotowani na zmianę. Dlatego mówię czasami: Idź najpierw Ty, bo może rodzicie nie mieli na to przestrzeni lub możliwości.

Pamiętam, kiedy powiedziałam o tym jednej z moich klientek po raz pierwszy. Powiedziałam wtedy tak: Wyobraź sobie, że kończysz jeść obiad u mamy i bierzesz rękę mamy i mówisz: Dziękuję, jakie to dobre! 

Po pierwsze się przed nią kłaniasz, po drugie dotykasz, a po trzecie szanujesz jej miłość. Bo często poprzez właśnie tę pokrojoną równo marcheweczkę mówi: Kocham, kocham, kocham…, a Ty mówisz: Jezu, znowu to jedzenie… 

A ona być może niczym innym nie potrafi okazać swojej miłości?

Pamiętam taki poruszający list, który przyszedł do mnie po tym, jak mówiła, że jedzie do mamy, która martwi się o jej zdrowie, bo jest wegetarianką. Zadałam jej pytanie: Czy to, że jesteś wegetarianką wynika z jakiejś głębokiej ideologii? A ona na to: No nie, to tak bardziej dla zdrowia, może niekoniecznie ideologicznie. Więc powiedziałam do niej: To powiedz: co Ci się stanie, jeśli zjesz te pół kotleta przy mamie? Ten jeden raz kiedy od czasu do czasu do niej przychodzisz? Z szacunku do dla tego, co ugotowała?

Potem napisała do mnie, że zadała sobie dokładnie te same pytania kiedy mama mówiła: No zjedz kotlecika, zjedz. Powiedziała, że to był jeden z najlepszych kotletów jakie jadła w życiu. A do tego, to mięso na pewno jej nie zaszkodzi, bo jedzenie z miłością absolutnie nie szkodzi.

A jeśli mamo, to jest jedyne co ja dziś, jako człowiek, z naszej historii miłości, mogę Ci dać, te 5 kęsów kotleta to mówię Ci „Dziękuję” z pochyleniem głowy.

 

Mamo, Tato, ja idę dalej

M:Wiesz Ania to niezwykłe, że mówisz o tym przypadku, bo dosłownie kilka dni temu jedna z moich klientek mówiła mi tak: Słuchaj, i ja, i moje koleżanki tak mamy, że nie jesteśmy w stanie przyjąć jedzenia od Mamy.

Jeśli nie jesteśmy w stanie go zjeść, to jest to jednoznaczne z tym, że nie jesteśmy w stanie znieść dotyku Mamy. Ona chce mnie dotknąć, a ja czuję jakby mnie parzyło i uciekam od niej. A to ten pierwszy mały gest, który możemy zrobić, prawda? Zjeść i przyjąć. Biorąc pod uwagę, że być może to jest jedyny sposób.

A: Tak, oczywiście. To ma swoje uwarunkowania z okresu prenatalnego i z naszych doświadczeń. W nurcie ustawieniowym pokazujemy skąd jest ten lęk przed dotykiem i skąd przychodzi ten strach przed jedzeniem. On ma swoje rodzinne, systemowe uwarunkowania.

Ma też uwarunkowania związane z przerwanym ruchem pierwotnym. Kiedy mama ma problemy w ciąży, pojawiają się kłopoty z rodzeniem, cesarki, odłączenia od mamy, to to wszystko staje się historią jakiejś miłości. Oczywiście, to nie jest tak, że prowadzimy kobiety, które nie mogą urodzić naturalnie w drugą stronę, zachęcając do tego, żeby rodziły naturalnie. Tu trzeba być ostrożnym.

Natomiast jest pewien zespół doświadczeń i traum, które w nas utykają. I to utknięcie właśnie, to zatrzymanie to to właśnie, nad czym też pracuję. Żebyśmy mogli siebie osobiście nareszcie zwolnić z historii miłości z własnej przeszłości.

Nie czekam na to, aż moja Mama mnie z tego zwolni i mój Tata, ale daję sobie prawo do zwolnienia samej siebie. Z bólu i cierpienia, czyli z jednej z twarzy miłości. Kropla po kropli. I tym gestem jest na przykład zwykłe „Dziękuję, Mamo!” powiedziane pierwszy raz w życiu.

Pamiętam taką przejmującą sesję, na którą przyszedł syn z mamą. Ich największym tak zwanym „mocnym trzymaniem” było to, że potrafili utrzymać na sobie wzrok przez 40 sekund. To, że w ogóle się zobaczyli.

Jeśli ktoś mi mówi: Moja Mama mnie nie widzi to zadaję sobie pytanie: Co się stało w historii tej kobiety, że nie widzi swojego dziecka? Gdzie patrzy? Na kogo? Do kogo? Odkąd patrzy? Dlaczego nie patrzy?

Jest takie piękne hellingerowskie zdanie: Kto płacze, kiedy ja płaczę? Kto kocha, kiedy ja kocham? Kto nie kocha, kiedy ja nie kocham?

To system określonych pytań, które razem tworzą pewną całość. To coś, czym się zajmuję. Buduję całość z różnych obrazów z przeszłości. Z tego, co było w Twoim brzuszku z Mamą i z Tatą, aż do tego momentu w którym się znajdujesz. Ale zawsze podkreślam to, że przed dalszą drogą, potrzebujesz być gotowa na to, żeby zapomnieć.

M: Jakie to piękne. Myślę o tym, jak jesteśmy różni. O tym, jak w różnych momentach przychodzą do mnie klienci. Wielu z nich wydaje się, że mają to przepracowane, że już załatwili temat, a tam pod spodem jątrzy się i ropieje rana.

Wpływa na zdrowie psychofizyczne i tu jest ten pierwszy krok. Żeby zobaczyć, że te moje 20 lat praktyki jogi i jedzenia soczewicy nie załatwiło tego tematu. I to przyznanie co mnie w tym bolało, a co było w tym dobrego. A potem gotowość, żeby pójść dalej i już nie męczyć tej Mamy i Taty do końca życia, że to przez nich. To, co mam – siebie, swoje życie, to, że ta rozmowa się wydarza – biorę i idę dalej.

A: To jest sedno, żeby pójść dalej. To ma ogromne znaczenie. To jest takie wręcz: Mamo, Tato, to Wy utknęliście z jakiegokolwiek powodu, ja idę dalej.

Dlaczego może być tak, że ja nie idę? Na przykład nie idę dlatego, że wydaje mi się, że nie mogę iść, jeśli moja Mama utknęła. To taka miłość dziecka, która mówi, że nie mogę swojej Mamy zostawić samej.

Nie spotkałam matki, która powiedziałaby: Masz tu przy mnie siedzieć do końca życia. A jeśli nawet tak myśli lub mówi to ja się pytam: O co się ta kobieta tak bardzo boi, że nie potrafi wypuścić swojego dziecka?

Doskonale pamiętam ten moment z pracy własnej, kiedy do mnie dotarło: Aha, mamo, to Ty się po prostu boisz, ale to nie chodzi o mnie.

Jedną z metod jest wyobrażanie sobie, że kiedy odchodzę to Mama mojej Mamy zostaje przy niej. To mówienie: Babciu, proszę Cię, weź swoje dziecko w ramiona. Właśnie dlatego, że tak, a nie inaczej wygląda to życie, ta historia.

Wszystko, co daję sobie, daję do tyłu, ale nie odwracając się za siebie. Bo kiedy odwracam się za siebie, to kotwiczę się w tym, co było. A w życiu nie chodzi o przeszłość, tylko o ewentualną przyszłość. A i tak w tym wszystkim najważniejsze jest tu i teraz.

M: Tak, przypominam sobie wczorajsze rozmowy z dziewczynami na temat Ajurwedy i  metod, którymi pracujesz. Mówiłam im o widzeniu uniwersalnych sił w świecie i nie brania ich tak osobiście. Vata, Pitta i Kapha, które się łączą, przejawiają się w formie Marysi, Ani, Michała, Joli.

W ustawieniach widzę to samo – dostrzegasz pewne uniwersalne siły, które są trochę jak woda, która przybiera kształt naczynia, w którym się znalazła. Ale to nie jest osobiste i indywidualne. To jest dużo większe, dużo bardziej uniwersalne. Gdy przyjmiemy tę perspektywę nagle pojawia ulga.

A: To jest też zdanie, które promuje cały mój Instytut: „Nic nie jest osobiste.” Absolutnie nic.

M: To jest też sednem Ajurwedy i dlatego właśnie Twoja praca jest dla mnie przedłużeniem pracy w duchu Ajurwedy. W tych emocjonalnych, rodzinnych historiach. To zrozumienie tego, że nic nie jest osobiste. To nie jest moja wina, to nie jest wina mojej Mamy, ani babci. To jest po prostu los, który nas połączył.

 

Zabiorę w moim sercu dźwięk Twojego imienia 

A: Branie do siebie jest przepięknym wyznaniem miłości dla Mamy i Taty, pod warunkiem, że to mi służy. A jeśli mi nie służy to mówię: Moją największą miłością jaką mogę Ci dać, Mamo, będzie  moja wolność do mojego własnego nie brania wszystkiego na siebie. Nie mogę nic dla Ciebie zrobić, ale możesz być pewna, że w moim sercu zabiorę choćby dźwięk Twojego imienia.

To się nazywa dorosłość. Człowiek dorosły przygląda się uważnie i precyzyjnie temu, co się z nim dzieje i nie bierze na siebie. Człowieka przywraca się do człowieczeństwa dobrym słowem.

Gdy wchodzę do sali warsztatowej, widzę ludzi, którzy są czyimiś dziećmi. Zdarza się, że robimy wspólnie piękne ćwiczenie, w ramach którego wyszukujemy to, co dostałam np. od Taty. I często słyszę: Nic nie dostałam! Mówię: Dobrze, powolutku.

I po chwili, nagle okazuje się, że to nie zawsze było tak, że go nie było. Że jednak coś dostałam. Wtedy mówię: Tato, dziękuję Ci za… Ale do tego trzeba dorosłości.

Dlatego też ta metoda nie jest dla wszystkich. Nie wystarczy pójść do Anny Choińskiej, dać się trzymać w ramionach i zrobione. Nie pracuję z każdym, wręcz czasami mówię uczciwie: Nie mogę nic dla Ciebie zrobić, bo narzędzia, które mam sprawiają, że mogę przerobić z Tobą tylko fragment Twojego problemu. Idź, poszukaj dalej, a potem wróć, gdy nadejdzie odpowiedni moment.

I ludzie wracają. Najpierw na sesję indywidualną tak, żebyśmy się w ogóle poznali i oswoili. Bo trzeba lubić przytulaski, umieć się otworzyć i odnaleźć w tym, co daję. Potem przechodzą przez intensywny 4-dniowy warsztat, a dopiero potem zaczynamy pracować nad Mamą czy Tatą ze mną lub z wolontariuszem, który trzyma na nowo w ramionach. Po to, żeby odbudować pamięć komórkową ciała.

M: To jeszcze przede mną. Na dodatek nie powiedziałabym o sobie, że doszłam. Ciągle jestem w drodze. Zaraz będę u Ciebie na 4-dniowym warsztacie. Obym zdążyła, póki jestem jeszcze we Wrocławiu, na tę sesję na kocu, poprzytulała się i odbudowała łączność z Mamą. A jednocześnie jestem w tym już tyle lat i tak dużo dobrego dzięki tej pracy płynie przeze mnie dalej.

Zmieniło się już to, co powtarzałam przez wiele lat: że jestem sierotą. Powtarzałam to na głos i po cichu w niezliczonych sytuacjach, a potem zaczęłam to powtarzać w inny sposób. Zobaczyłam, że ta słabość, to, co odczuwałam jako brak, jako znak, że jestem nie dość dobra, stało się moim doświadczeniem. Stało się tym, że widzę to w ludziach, że zagaduję o Mamę i Tatę. Że ciekawią mnie te aspekty.

A: Gerhard Valper, który jest absolutnie jednym z najważniejszych nauczycieli, podczas swoich warsztatów siada i mówi: Teraz będziemy pracować nad naszą Mamą.

I ja robię „bleeee”, a 30 lat później okazuje się  że  jestem innym człowiekiem, więc w mojej relacji z Mamą i Tatą też jestem kimś innym. Mnóstwo rzeczy we mnie odchodzi, uzdrawia się, łagodnieje, ale potem w tym miejscu, w którym jestem.

Tu i teraz mogę jeszcze raz na coś popatrzeć. I jeśli to nie jest ani od Mamy, ani Taty, to mogę popatrzyć szerzej. A jeśli to się nigdzie nie przypina w kontekście systemowym to mogę się rozglądać dalej lub zadać sobie pytanie czy w ogóle mam jakiś problem. To duży temat.

M: No, to brzmi ciekawie.

A: Całkiem niedawno miałam taką korespondencję ze znajomym. Chodziło o to, że on jest taki, jaki jest. Doszliśmy do takiej konkluzji: Czy to zawsze jest tak, że coś przychodzi od czegoś? Czy już, cholera,  nie można mieć własnych marzeń?

I to jest przepiękne. Mamy też własne marzenia, więc nie powinniśmy dać się zapędzić w historię pt. teraz będziemy się terapeutyzować latami. To zwykłe współuzależnianie klienta od siebie. Nie wszystko jest rodziną, Mamą, Tatą. Nie wszyscy mają nawet do Ciebie trafić. Bo o to chodzi – żebyśmy na dany moment znajdowali dla siebie rozwiązanie, ale jednocześnie ciągle szli dalej.

Tak, jakbyśmy tylko oglądali się przez ramię i mówili: Aha, to, to, to i to, ale tu jeszcze coś czuję.

Ale też zadawali sobie pytania takie jak: A co ja teraz tak właściwie robię? A może to, co teraz się wydarza to jest wolność, ale jeszcze jej nie chcę teraz zobaczyć? A może ja już od dawna jestem wolny?

Pamiętam wstrząsającą sesję jednej z moich klientek, podczas której opowiadała o swoich ogromnych kłopotach. Zapytałam ją: A Twoja Mama żyje? Powiedziała, że nie, że zmarła 20 lat temu. I powiedziałam do niej: Wiesz, Twoja Mama uwolniła Cię 20 lat temu, a Ty jeszcze tego nie zauważyłaś. Praktycznie z krzesła zjechała.

A Was kiedy rodzicie uwolnili? Z tej miłości, która staje na przeszkodzie rozwojowi czy temu, co mówiłyśmy z Marysią – ku więcej. Powiedz:

A jeśli mamo moją miłością będzie teraz dokładnie korzystanie z tej wolności, którą mi dałaś?

Chętnie.

A Ty we mnie, razem ze mną.

Mój sukces, Twoim sukcesem.

Moja radość, Twoją radością.

Moje szczęście, Twoim szczęściem.

 

Na Waszą pamiątkę

M: Na Twoją pamiątkę. Na Waszą pamiątkę. Pamiętam, jak czytałam to ze łzami w oczach.

A: Biorę to życie od Ciebie, z tym wszystkim, co do niego przynależy, tą ceną itd. Cały tekst można znaleźć w książce „Miłość ducha” Berta Hellingera, którą bardzo polecam.

M: Gdy wypowiadałam na głos to „Na Waszą pamiątkę” to myślę właśnie o tym, że mogę po swojemu rozegrać tę talię kart. Mogę po prostu zrobić z tym to, co uważam. To, co chcę. A co ja chciałam? Ja chciałam Ajurwedę, a wszyscy patrzyli na mnie krzywo, mówiąc: „Dziewczyno, to po to studiowałaś 5 lat psychologię, żeby teraz się w tym zajmować? Jak to się  w ogóle nazywa? Kto Ci za to zapłaci? Co z tego będzie?”

A: Właśnie dlatego, że dałaś mi życie, a ja chcę się go chwycić w pełni.

M: I wykorzystać.

A: Z miłości do tego, co dostałam, idę moją własną drogą. Ale wiesz, to nie jest takie „idę i teraz się spakuję i lecę do Australii”. Bo to sprawi, że  wrócisz prędzej czy później wrócisz. To „idę” w czysto ludzkim zamyśle: Wracam do domu. Zabieram to, co mogę. Tyle, ile mogę. Wyrażam głośno to, co było trudne i zostawiam.

Mamy tę możliwość, że zanim zaczniemy żyć dalej, możemy uzdrowić ciało, fizykę i emocje. I należy po to sięgać. Ale jest taki moment, w którym po prostu zaczyna się życie.

Wiesz, jest taka ciekawa książka „Czesałam ciepłe króliki” o kobietach z obozu koncentracyjnego. To również historia mojej babci, która była w obozie i opowiadała o nim różne rzeczy.

Co było tam ratunkiem i uzdrowieniem? Żyć dalej. Wygrały te kobiety, które poszły dalej i zamieniły to, co było, w wielkie TAK dla życia. Przeżyły, bo jednak się udało. Bo życie powiedziało „tak”. Czy też tak, jak ja mówię: Bo śmierć puściła przodem Twoje życie.

Wyobraź sobie to, że odkąd jesteś tutaj na świecie, do dziś, do tej sekundy, śmierć powiedziała Twojemu życiu: Proszę, idź przodem.

A Ty idziesz z tego początku, z którego przychodzisz i ciągle mówisz „tak”. I to wielkie zobowiązanie przed życiem.

M: Przepiękne. Wiesz, jak Ciebie słucham to przypomina mi się, że 2 tygodnie temu było spotkanie z dr Shivani, moją nauczycielką Ajurwedy i wtedy też pomyślałam, że można by to wszystko zapisać i rozbić na pojedyncze słowa, do których można wracać.

Stąd prośba moja do Was – nie bójcie się przeczytać tego wywiadu drugi raz. Bo momentami rzeczywiście odlatujemy na jakąś inną planetę i niektóre rzeczy nie od razu do nas trafiają. Jestem jednak przekonana, że zawsze jedno zdanie, to właściwie, zawsze trafi.

A na tym można budować drugą, trzecią i czwartą cegiełkę. I pewnie z każdym kolejnym przeczytaniem jest tego więcej. Gdybym miała dopisywać wątki czy rozwijać rzeczy, o których mówisz, to mogę tutaj to robić po prostu w każdą stronę, jak w mapie myśli.

A: Chciałabym przekazać jeszcze jedno przesłanie: Ufajcie swojej intuicji.

Bardzo Was o to proszę. Dlatego, że intuicja jest jednym z najważniejszych elementów, który macie. Ufajcie jej i sprawdzajcie dla siebie: Czy ja chcę tu? Czy chcę tam? Czy chcę taką metodą czy inną?

To jest o wiele ważniejsze niż dobre samopoczucie terapeuty, do którego pójdziecie. To chodzi tylko o Ciebie. Tak to tak, nie to nie. Bo to też jest poważna tendencja, którą widzę. Czasem 4 razy trzeba zmienić terapeutę, ale warto w tym ufać swojej własnej intuicji .

Przekonuje mnie tutaj zdanie Berta, który często mówi: Proszę Was, bądźcie uważni, bo tutaj zawsze chodzi o życie i śmierć. Człowiek, który staje między nami to życie od Mamy i Taty. Ale jednocześnie ta śmierć zawsze mu towarzyszy. To sprawia, że poziom pokory jest wtedy naprawdę bardzo wysoko.

To jest też coś, co w Tobie podziwiam: pokora. To też jest coś, co ja w Tobie lubię: pasja, ale też pokora. Pamiętam jak wielkie zrobiłaś na mnie wrażenie. Zostawiasz ważny ślad w tym co robisz. To pokazuje jak bardzo wybranie siebie w tej Ajurwedzie miało wielkie znaczenie.

Mamo, Tato nie mogę nic dla Was zrobić, nawet jeśli nie potraficie tego słowa wypowiedzieć , ale mogę we mnie, dla Was i wśród innych ludzi budować przestrzeń z dobra i zdrowia. I Ty to robisz. Absolutnie to robisz.

M: Zdecydowanie. I czuję się przez to związana z nimi w naprawdę konstruktywny sposób. Bo to jest to, o czym mówisz: ta miłość pozwala mi iść do przodu, w stronę zdrowia. Wiadomo, to nie zawsze jest autostrada. Często to są bardzo wyboiste drogi. Ale do przodu, ku więcej, a nie do tyłu.

 

Miłość bez miłości

A: To kolejny temat: związanie się z klientem. Ja też jestem w jakiś sposób związana ze swoimi klientami. Z jednej strony podlegam etyce, ale to nie znaczy, że się z nimi przytulam, trzymam za rączki i chodzę na kawkę. Nie.

Jest takie słowo, które Bert wprowadził, które mnie lata zajęło, żeby to pojąć:

Pozostać w miłości bez miłości.

Jedni nazywają to „odpowiedzialnością”, a ja to tak nazywam tak:

Jest taka przestrzeń w moim sercu, w której jesteś Ty i ja jestem dla Ciebie. I jesteś mi blisko jako człowiek w pozycji jako człowiek do człowieka.

To nie znaczy, że będę Ci coś naprawiać, ratować. To miłość bez miłości, w której trzeba chwilę poczekać, żeby to w nas weszło. To przepiękne narzędzie do współpracy i współistnienia.

Chodzi o to, żebyśmy budowali relacje i związki bez przeniesienia. Bez żądania, kiedy ja żądam, wymagania, kiedy się zamęczam i wyniszczam zdrowie. Budowanie prawdy o sobie z tego sedna siebie, z szacunkiem do miejsca z którego przychodzisz. Na tym właśnie polega metoda Jiriny Prekop.

M: Piękne jest to, co powiedziałaś o miłości bez miłości. Pamiętam taką sytuację z kursu Ajurwedy, jak dr Shivani nauczyła mnie tego w sposób praktyczny. Kończyliśmy już kurs, a ja miałam  cztery dni zabiegów marma, które polegają na uwalnianiu emocji tkwiących w ciele. Miałam ich w sobie tak dużo, że miałam nieustające bóle głowy.

Zamiast zostać z tym bólem głowy w pokoju, przyszłam na zajęcia. Shivani zobaczyła mnie i powiedziała: Co Ty tutaj robisz? Czemu tu przyszłaś? Myślisz, że przyszłaś się uczyć? Nie, przyszłaś, żeby zrobić to, co zawsze: uciekasz od swoich emocji w to w czym jesteś dobra, czyli w swój intelekt.

I wywaliła mnie za drzwi.

Wyszłam i rozbeczałam się. Schodziłam roztrzęsiona po schodach, a Shivani wychodzi za mną z klasy i mnie przytula. To był jeden, jedyny raz w trakcie tych wszystkich miesięcy naszej znajomości kiedy mnie przytuliła. Popatrzyła na mnie i powiedziała: To dla Twojego dobra.

I poszła. To było właśnie to. Musiała tak zareagować, żeby stało się to, co się musiało stać w tej terapii. Inaczej przyszłabym na zajęcia, żeby zająć się czymś innym i nie skontaktować się z tym, co wezbrało.

A: I to jest szacunek. Czasem potrzebuję wejść w taką miłość bez miłości, żeby oddać przestrzeń Tacie, w tym co go miota, a jednocześnie po to, zachować moją własną przestrzeń z szacunku do życia, które dostałam od niego. Po to, żeby nie wracać tam, gdzie było uwikłanie. To fascynująca postawa.

I żeby było jasne: to nie jest taka cukierkowa metoda o wszechobejmującej miłości. Potęga metody hellingerowskiej i Jiriny Prekop polega na tym, że Jirina Prekop powiedziała do Berta Hellingera:

Ale Ty wiesz, że w Piśmie Świętym jest napisane „czcij ojca swego i matkę swoją”, a nie „kochaj”?

Miłość bez miłości jest szacunkiem na płaszczyźnie człowiek z człowiekiem. I tak prowadzę ludzi. Stawiam ich na granicy wyboru w pełnej odpowiedzialności za to, co robię. Towarzysząc, również czasami biorąc w ramiona. Jeśli jest to możliwe to otwieram drzwi, a oni idą sami. Ja nie idę za nimi dalej.

M: Przepiękne jest to dla mnie, terapeuty, jak tego słucham. Myślę też o perspektywie klienta. O tym, jak czasem klienci zaczynają się tej Ajurwedy uczyć i nagle sobie uświadamiają, że Mama ma zaburzoną Vatę, a Rata Pittę. A ja bym teraz chciała Mamie pomóc i tę Mamę do Ciebie przyślę.

A ja im mówię na to: W porządku. Zacznij od tego co Ty. I jak Ty to zmienisz w sobie to będziesz po prostu świecić tym na zewnątrz i tym samym będziesz miała większe możliwości pomocy tej drugiej osobie bez strofowania jej: ja Cię tutaj uratuję, bo poznałam Ajurwedę. 

A: Zaświecić tą najczystszą wewnętrzną miłością do siebie to olśnić najpiękniej dar życia.

M: Tak, dokładnie to. Naprawdę.

A: Znikąd nie przyjdzie, jeśli nie przyjdzie ze środka. A jeśli nie przychodzi, to to też jest moment mojej osobistej pokory. Przyglądam się tym pojednaniom, bo wymagają ogromnej dorosłości.

Jeśli nie przychodzi, to jest ten moment, w którym mówię: A teraz będziemy się modlić o łaskę. I nie patrzcie na to w kategorii jakiejś religii. Ja to akurat tak w moim świecie tak nazywam: „Poczekać aż przyjdzie dar łaski.”

M: To też jest pokora.

A: To jest ludzkie.

M: To jest właśnie to, czego często brakuje klientom. Tej religijności, tej duchowości. Tego, że chociaż da się medycyną holistyczną, niekonwencjonalną np. wyleczyć raka, to są takie momenty, w których nie da się go wyleczyć. I wtedy najlepsze co możesz zrobić to przyjąć to, jak jest.

A: Dokładnie tak. Bert Hellinger mówi: Śmierć zawsze przychodzi we właściwym momencie.

I ta śmierć też jest bardzo ważnym elementem w pojednaniu. Mieliśmy niedawno warsztat we Wrocławiu pojednaniowy, gdzie na scenę poprosiłam te dzieci, które na Święta nie będą już miały ani Mamy, ani Taty.

M: Aż mnie ciary przeszły.

A: To są dorosłe osoby. To było niezwykle poruszające, że później te osoby, które zostały po zewnętrznej stronie, same siebie szukały, żeby się trzymać w ramionach. To też jest zdanie, z którym  pracuję:

Mamo, Tato, żebyśmy jeszcze zdążyli.

A jeśli nie zdążyliśmy to we mnie będziecie mieć nowe życie.

Nowe obrazy, nowe odczucia. Z pasją pójdę dalej.

To już zupełnie inna miłość. Można się temu przyglądać różnymi metodami i to jest fantastyczne.

M: Cały czas mogłabym tłumaczyć to, co mówisz, na język Ajurwedy. Jestem z Mamy i Taty. Połowa Taty jest we mnie w moich doszach. Jest też w nich połowa Mamy.

A potem się wydarza życie. Ze wszystkimi swoimi czynnikami i historiami. I to transformuje dalej. Jestem tym samym, ale się zmieniam.

A: To teraz sobie wyobraź, że my sobie tutaj pięknie rozmawiamy, a za Tobą siedzi Twoja Mama i Twój Tato. A za mną moi rodzicie.

M: I bylibyśmy tacy zdziwieni. Co to za film? Tego jeszcze nie grali!

A: Tego jeszcze nie grali! To też jest bardzo znaczące. To znaczy, że nie staję przed Tobą z perspektywy, że jestem terapeutą, ale ja jestem również czyimś dzieckiem, z moją historią miłości. I im głębiej jestem w mojej historii i pozwalam jej działać, tym prościej przechodzę przez etapy w mojej własnej miłości. I tym więcej mogę też wnieść do Twojego życia.

To jest tak, jak mówi pediatra nasz ukochany, że leczy choroby, które zna. Terapeuta, czy też ten, z którym popracujesz, poprowadzi Cię tam dokąd sam doszedł.

M: Dokładnie tak. Ostatnio też spotykam się z takim zjawiskiem: Czytałam 5 książek, byłam na wprowadzeniu do czegoś tam, coś tam słyszałam..

Jeśli znasz Ajurwedę tylko w teorii, a nie znasz jej w praktyce i jeśli nie stosujesz jej na sobie choćby w jednym ułamku, to jej tak naprawdę nie znasz. I nie pójdziesz dalej.

Tego się nie da przerobić głową. Układać, przepracować i iść dalej, żeby to szło. To musi być rzeczywiście żywym doświadczeniem, na dodatek ciągle odnawialnym.

A: Marysiu, to jest to samo, co powiedziałam na samym początku. Dopóki słuchasz o Mamie i Tacie to dużo wiesz, ale idź i dotknij. To są Twoje najważniejsze doświadczenia w życiu.

Wyobraź sobie, że pójdziesz i zrobisz to. Wyobraź sobie, że idziesz w takiej intencji, bo mama po pierwsze jeszcze jest i jest ta możliwość, a po drugie towarzyszą Ci słowa:

Mamo, gdyby przyszło mi zabrać na pamiątkę tylko to pocałowanie w dłoń za jedzenie, chętnie.

Jesteś wolna.

Tato, jeśli przyszłoby mi zabrać ze sobą dzisiaj tylko i wyłącznie 5 sekund więcej przytrzymania się Twoich ramion, wystarczy.

To są te mikroruchy, które wykonujemy na rzecz pojednania.

M: Są też te, których żałujemy, że nie zrobiliśmy. Pamiętam jak kiedyś moja babcia mówiła, że szkoda, że nie wzięła tej kromki chleba od ciotki Wandy, bo ona już nie dożyła. Szkoda, że nie powiedziała, że „kocham, dziękuję, proszę…”

 

1 % więcej podatku miłości

A: Kiedyś powiedziałam taką rzecz:

Mamo, Tato od dzisiaj 1% podatku miłości więcej tylko dla Ciebie.

Często pytam: „Czy wiecie co to znaczy dla fundacji 1%?”

Absolutnie nie każę nikomu biec w ramiona i zaczynać niekończącego się love story. Chociaż, oczywiście, z całego serca Wam życzę, żeby to była droga do miłości, która już nigdy nie zgaśnie.

Ale wyobraź sobie, że zaczniesz od 1% więcej. Od jednego słowa więcej, a może i jednego słowa mniej.

Bo ja też jestem człowiekiem i nikt Ciebie mamo, nikt Ciebie tato nie zrozumie lepiej jak ja, bo ja to znam. Ale idę dalej.

I to dalej i ta dorosłość i szacunek i patrzenie w człowieczeństwie, postrzeganie tego, co było i pozwalanie, żeby odeszło, a równocześnie stawanie w tu i teraz, będzie moją nową miłością do mamy i do taty.

Przyjmuję moje życie od Ciebie, Mamo i od Ciebie, Tato, ze wszystkim co do tego przynależy.

Na Twoją pamiątkę, żebyś się mógł czy mogła tym cieszyć. Proszę, to jest sedno całej terapii. Pobłogosław mnie na moją nową drogę życia.

M: Amen, niech się stanie.

A: Niech się stanie. Z całego serca Wam tego właśnie życzymy.

M: Jeśli zastanawiasz się co można zrobić od razu, to w tym właśnie jest odpowiedź. W kontekście zdrowia to bardzo ważne czy przeszliśmy ten proces, o którym właśnie mówiłaś.

Ludzie często chcą diet, suplementów, ziół, nie wiadomo czego… ale jeśli nie ma tej więzi z Mamą i Tatą, to to nie może pójść.

A: To może utknąć, bo to może pochodzić albo z systemu albo z rodziców albo z czegoś, co jest tu i teraz. Wiesz, nie chcę generalizować. Jeśli czujesz, że nie jesteś w czymś wolny, potrzebujesz, poszukaj. Czy to u Marysi, czy u mnie, czy gdziekolwiek indziej.

Dbaj o siebie, szanuj swoje serce, swoje życie, patrz dokładnie dokąd idziesz, co przyjmujesz, rób to ostrożnie, powoli. Mamy czas, tylko rób. Zawsze mówię: Nie ma magii. Magią jest to, że robisz.

To jest naprawdę proste. Absolutnie nie ma tutaj żadnego wyskakiwania z tortu, bardzo Was przepraszam. Magii nie ma, jest ciężka praca. A na końcu jest najpiękniejsze doznanie świata:

Jestem wolny.

M: Super, nie mam więcej pytań.

A: Bardzo Wam dziękujemy kochani. Bardzo Ci dziękuję Marysiu, że mogłam usiąść tu u Twojego boku.

M: Bardzo Ci dziękuję.

A: Do zobaczenia być może gdzieś na szlaku. Zapraszamy Was na to, czym możemy się podzielić. Bardzo Ci dziękuję Marysiu za szacunek i za to, co robisz. Dziękuję.

M: Dziękuję Ania, bardzo doceniam, że jesteś tutaj. Korzystajcie z nas, póki jesteśmy.

A: Jestem do Waszej dyspozycji. Cokolwiek w mojej ludzkiej mocy – pomogę chętnie.

M: Dziękuję, trzymajcie się ciepło.

A: Pozdrawiam.

 


Jeśli jesteś ciekawa jak przebiegała moja druga rozmowa z Anią, zajrzyj do wpisu BHP w pracy z ludźmi

Zaintrygował Cię kurs o psychologii ajurwedyjskiej, o którym wspominam w trakcie wywiadu? Sprawdź szczegóły